Zimowe Dunfermline

Wczoraj, z okazji wspólnego dnia wolnego, postanowiliśmy z Michałem odwiedzić miasteczko Dunfermline. Nie leży specjalnie daleko od Perth, więc jak na zimowe warunki można było szybko się do niego dostać. Tym bardziej, że wystarczyło wsiąść w pociąg do Edynburga, pędzący niezwykle malowniczą trasą nad samym morzem. W końcu w drodze!

P1000376

Stacja kolejowa taka, jak większość w tym górzystym kraju. Mała, zadbana, z dwoma peronami. Do centrum szliśmy przez mały park, po chwili pojawiła się główna uliczka, a za nią mały deptak. Na jego końcu, wywyższała się wieża ratusza. Obok, jakże pomocny, stał drogowskaz, który w swej oczywistości mówił, gdzie należy iść by zobaczyć coś ciekawego. Po lewej stronie deptaku nad okolicą góruje opactwo otoczone starym cmentarzem, a na wprost rozpościera się rozległy Pittencrieff Park. Z głębi parku spoglądał na nas z ciekawością Andrew Carnegie ze swojego pomnika. Czym zasłużył sobie ten pan na pomnik? Jest uosobieniem tzw. „amerykańskiego snu”. Jako dziecko wyemigrował z rodzicami do Stanów Zjednoczonych, gdzie przeszedł całą drogę od zera do multimilionera. Zaczął jako nic nie posiadający imigrant, a zmarł jako najbogatszy człowiek na ziemi. Ale nie za to go uwielbiają w Dunfermline. Wsławił się sentencją „człowiek który umiera bogaty, umiera zhańbiony”. W myśl tej zasady będąc na emeryturze spożytkował swój ogromny majątek między innymi na zakładanie bibliotek, których powstało dzięki temu ponad 2500 na całym świecie. Carnagie wyszedł z założenia, że jedyne co może pomóc ubogim w wyjściu z biedy jest dostęp do wiedzy. Nie zapomniał też skąd pochodzi i dbał o swoje rodzinne miasteczko, tu powstała pierwsza z jego bibliotek i kilka innych gmachów publicznych.

P1000412

Wydawałoby się, że park jak park, od innych się nie różni. Tu można być w błędzie. Nie bez powodu jest to jedna z największych atrakcji Dunfermline. Po pierwsze jest ogromny. Utrzymany w tzw. stylu angielskim, czyli jest dziko, naturalnie. W roślinność wplecione są kamienne mostki, ławeczki, altanki i średniowieczne ruiny. Po drugie płynie przez niego wartki potok. Po trzecie jest tam pełno zwierząt. Tylko weszliśmy zobaczyliśmy pięć szaro-białych wiewiórek. Uradowani tym widokiem poszliśmy dalej i co? Było ich jeszcze więcej. Dziesiątki małych futrzanych stworzeń. Biegały obok ścieżki, po niej, po drzewach – nie było wiadomo gdzie patrzeć. Małe stworzonka podchodziły pod nasze nogi, domagając się orzeszków, których niestety nie mieliśmy. Mało tego, gołębie giganty i inne ptaki robiły to samo. Jedynie kot przechodzący obok z mordem na twarzy, spłoszył towarzystwo na moment. Zasadniczo wydaje się dziwne, że dzikie zwierzęta prawie wcale się nas nie bały, ale jakie to fantastyczne poczuć w mieście bliskość przyrody. Cudowne, zwłaszcza kiedy na co dzień nam tego brakuje.

P1000554

P1000533

P1000490

P1000507

P1000520

P1000539

P1000555

P1000548

Nie przeszliśmy całego parku, musieliśmy mieć jeszcze siły na opactwo, a że jakoś ciepło nie było, to siły uciekały szybciej niż zwykle. Dawny klasztor stoi przy samym parku. Nie po raz pierwszy zwiedzaliśmy takie miejsca, ale zawsze robią na nas wrażenie. Duży kościół, pusty, jeśli nie liczyć witraży. Ta ciemna przestrzeń z surowego kamienia, pozbawiona zbędnych ozdób, światło wpadające niemal jedynie przez kolorowe witraże – czyta magia. W takich miejscach wystarczy zadrzeć głowę do góry i przez chwilę się kręcić w kółko. A wokół tego budynku – stary cmentarz, gdzie daty sięgały prawie 400 lat wstecz. Pochowany tu jest słynny król Szkocji Robert Bruce, szerszej publiczności znany z filmu Bravehart, a dla Szkotów bodaj najważniejszy symbol niezależności ich narodu. Kościelną wieżę wieńczy kamienny napis King Robert The Bruce, tak żeby nikt nie miał wątpliwości kto tu urzęduje.

Na terenie opactwa zachowały się też resztki pomieszczeń mieszkalnych zakonników i pałacu, w którym goszczono możnych tamtego świata. Za wstęp na teren opactwa i pałacu trzeba zapłacić około 5 funtów. Budynki są ruiną, charakterystycznie dla Szkocji zostały puszczone z dymem w czasie reformacji, także trzeba się przygotować, że jest trochę zimno – szczególnie teraz. Jest pewien mistycyzm w dotykaniu starych kamiennych murów, których dotykali tak szkoccy królowie jak i prości zakonnicy-służący. Murów, które pamiętają tak odległe czasy. Schodząc po jednych kręconych schodach uznaliśmy, że ludzie kiedyś byli zdecydowanie mniejsi.

Staliśmy chwilę i patrzyliśmy jak te stare budynki rozświetlają się w promieniach styczniowego słońca. Nabierają kształtów, odradzają się w swej wielkości, mnisi szepczą swoje modlitwy, a z kościoła dobiegają śpiewy. Kiedyś to puste miejsce, pełne kamieni tętniło życiem, było ośrodkiem kultury.

P1000582

P1000563

P1000463

P1000441

P1000589

Po klasztornych ruinach udaliśmy się do sąsiedniego Abbot House, Domu Opata, który przyciągał wzrok swoimi kolorami. No nie dało się przeoczyć różowego budynku w tym morzu surowego kamienia. Okazało się, że jest to restauracyjka w której pracują prawie same kobiety w wieku babcinym, a wyższe piętra to muzeum. Wstęp za darmo, więc ruszyliśmy za młodym (diabelnie chudym) przewodnikiem. Prowadził nad od pokoju do pokoju opowiadając o wszystkim. Tak zafascynowanego lokalną historią człowieka dawno nie widziałam. Coś, co sami obejrzelibyśmy w maksymalnie piętnaście minut, z nim trwało godzinę. Każdy detal w tym miejscu miał jakąś swoją historię, którą chłopak oczywiście znał. Zaskakujące było umieszczenie jako eksponatu wykopanych kości psa (według słów przewodnika jest to wymarła rasa wielkości kucyka), świni czy krowy. Każdy ma to, co lubi. W pewnej chwili nie wiedziałam, gdzie się znajduje i po co. Chłopak opowiadał tak bardzo zaabsorbowany tym wszystkim, że i ja traciłam kontakt z rzeczywistością. Samo muzeum warte odwiedzenia dla dwóch eksponatów – dwóch średniowieczny szkieletów i ściany pokrytej koślawymi malowidłami antycznych bóstw.

P1000612

W Abbot House znajduje się oczywiście sklepik z pamiątkami, w którym obsługiwała nas przeurocza pani. Jak dla mnie za urocza, tak przymilna że aż słodka. I także zafascynowana własnym miasteczkiem, z entuzjazmem opowiadała o okolicy mimo że nie pytaliśmy. Uznała że koniecznie musimy przyjechać latem kiedy do miasta przyjeżdża cyrk a po parku biegają pawie. Jak to my, kupiliśmy dwa piwa ważone na miejscu, coś pięknego w tym kraju, w każdym miasteczku jest albo lokalna gorzelnia whisky albo mały rzemieślniczy browar. Po opuszczeniu tego miejsca potrzebowałam dobrej chwili, by uzmysłowić sobie, że jest wtorek, styczeń i wszystko jest dobrze. Spróbowaliśmy jeszcze dostać się do muzeum Andrew Carnegie założonym w domu w którym się urodził, ale na nasze nieszczęście otwarte jest tylko od marca do października. No bo przecież nikt nie odwiedza takich miejsc zimą…

Zmarznięci i zmęczeni ruszyliśmy w drogę powrotną.

Odwiedzając Dunfermline, przede wszystkim weźcie ze sobą torebkę orzeszków dla wiewiórek.

Więcej zdjęć: https://plus.google.com/photos/114037099531086281117/albums/6104236498736202881

P1000577

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s