Bośniacki Elvis

Są dni kiedy każda dosłownie napotkana osoba okazuje się wyjątkowa. Taki był ten upalny majowy dzień, który powitaliśmy w Pecs na Węgrzech, a pożegnaliśmy w Sarajewie. Elvisa poznaliśmy kilka chwil po serdecznym pożegnaniu z Muhamedem. Zatrzymał swój rozpędzony biały dostawczak i radośnie zaprosił do środka. Król rock’n’rolla pracuje (może teraz już pracował?) jako dostawca soków owocowych. Nie byle jakich, bo niemieckich. Wozi je po całej Bośni. Nigdy nie słyszeliśmy o tej marce, którą jak rasowy kupiec zachwalał. Nie poprzestał tylko na tym. W pewnej chwili gwałtowanie zatrzymał rozpędzone auto na drodze, włączył awaryjne światła i wysiadł. Z paki dobiegł dźwięk rozdzieranej foli. Elvis uznał, że musimy spróbować tego niemieckiego wynalazku, więc przyniósł po jednym dla każdego.

Upał był ogromny, także prezent przyjęliśmy z radością. Soczki faktycznie okazały się niezłe, szkoda, że już nie pamiętam ich nazwy. Popijając, egzotyczne w tym miejscu napoje, słuchaliśmy historii Elvisa. Chłopak był po trzydziestce, od niedawna mieszkał w Bośni. Owszem, wychował się tutaj, ale wiele lat spędził na emigracji w Niemczech. Wrócił, bo jak mówił, tu jest jego dom i kraj. Bo Bośniacy potrzebują ludzi jak on, energicznych i przedsiębiorczych, którzy widzieli dostatek zachodu i chcieli go zaprowadzić też u siebie.

Jak każdy Bośniak, Elvis zachwalał krajobraz. Góry w słońcu faktycznie wyglądały pięknie. Była tylko jedna skaza. Śmieci. Wzdłuż drogi było ich pełni, nigdy nie zbieranych. Naszego kierowcę bardzo to bolało. Nie mógł zrozumieć dlaczego rodacy tak niedbale traktują piękny kraj, tak szpecą wyrzucając śmieci „przez ramię”. Nie rozumiał, bo w Niemczech Ci sami Bośniacy tego nie robili. Tam pilnowali porządku, nie wyrzucali worków z odpadkami przez okna samochodów. A potem wracali do Bośni i robili to. W Niemczech szanowali zasady życia w grupie, wracając mieli je gdzieś. Elvisowi było przykro, że tak jest. Chciał Bośni czystej. Może dzięki takim jak on, kiedyś tak będzie.

Nie jechaliśmy z nim niestety zbyt długo, skręcał do Tuzli majaczącej w oddali. Zanim się pożegnaliśmy, mijaliśmy jego dom, który z dumą nam wskazywał. Zapowiedział, że jeśli będziemy tędy wracali, to zaprasza nas na kawę, żebyśmy po prostu przyszli. Ot, bałkańska gościnność.

Nas wołało Sarajewo.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s