Z przeszłości w przyszłość cz.1

Maj to to ten czas, który jest pełen wspomnień. Jego początek chyba już zawsze będzie mi się kojarzył z naszą pierwszą „największą” wyprawą. Muszę tu podkreślić, że każda następna również nosiła to miano, jakoś tak się dzieje, że za każdym razem działamy z coraz większym rozmachem. Sprawdzając własne możliwości, jak i siebie nawzajem. Pokonując kolejne bariery, które zwykle okazują się nieistotnymi szczegółami. Dokąd udaliśmy się w pierwszą, wspólną i dość długą podróż? Ano na Czechy! I tym zacznie się ten wpis, a czym zakończy? Planem, który jest w zasadzie gotowy i pozostało nam tylko czekanie do tego właściwego dnia. Dnia, w którym powiemy pracy w Szkocji „see you!” i ruszymy przed siebie.

IMG_0403

Studenckie życie ma to do siebie, że ma się czas. Dużo czasu. Teraz naprawdę to dostrzegam – wolne poranki, popołudnia, całe dnie i weekendy (to ostatnie nie zawsze, bo jednak pracowaliśmy, ale zawsze udawało się coś wyskubać). I tak pewnego kwietniowego dnia Michał zapytał: jedziemy na Morawy? Weźmiemy namiot, autostop i te sprawy. Czy długo się zastanawiałam? Chyba nie. W każdym razie ja niewiele jeszcze wiedziałam o takich abstrakcjach jak autostop. Obawiałam się, ale i ekscytowałam – tak chyba człowiek reaguje na coś nowego i dotąd nieznanego, o czym wie, że nadchodzi. Właśnie ten wyjazd, nie inny, odkrył w mojej duszy tą niesamowitą chęć poznawania miejsc, potrzebę bycia w drodze. No tak, od tego wszystko się zaczęło.

Ruszając z Krakowa oczywiście kierowaliśmy się na Cieszyn i ot w jednej chwili już byliśmy po drugiej stronie granicy. Łapanie stopa w kierunku Frydka-Mistka okazało się nużące i długie. Bardzo długie, ale w końcu dotarliśmy do pola namiotowego, na którym spędziliśmy pierwszą noc, a także wypiliśmy jakże smaczne czeskie piwo. W nocy okazało się, że chyba źle rozłożyliśmy namiot, bo w czasie deszczu zaczął przeciekać. Cóż, nie ma to jak pożyczony namiot, lekko sklejony i nasza umiejętność rozkładania tropiku na „lewą” stronę. Pomni swojego błędu w późniejszych etapach i innych wyjazdach wiedzieliśmy już, co i jak.

IMG_0442 IMG_0382

Po drodze do Ołomuńca spotkaliśmy wielu ciekawych ludzi, a w samym mieście na wspomnienie zasługuje jeden starszy pan i bezdomny, ale od początku. Dotarliśmy, zwiedzaliśmy, rozglądaliśmy się i chłonęliśmy nowe miejsce, a przy okazji kierowaliśmy się na spisane wcześniej hostele. Tylko co się okazało? Że w żadnym nie otworzono nam drzwi. Widzieliśmy ruch, nawet zapalone światło. No to byliśmy w kropce. W środku wielkiego miasta, zmęczeni zaczęliśmy szukać jakiegokolwiek miejsca do przesiedzenia nocy. Chwile siedzieliśmy na krawężniku z nieszczęśliwymi minami i podszedł do nas starszy pan. Zapytał czy wszystko dobrze, czy nie potrzebujemy pomocy, wskazał bliskie hotele (nie na naszą studencką kieszeń), a po wytłumaczeniu mu czego szukamy, powiedział, gdzie mamy iść, żeby móc nawet rozbić namiot. To było tak miłe i bezinteresowne, trudno zapomnieć takich ludzi. Na miejscu niestety okazało się że wskazana łąka jest obecnie polem żyta. Może w czasach dziadziowej młodości była łąką, kto wie. Szliśmy, zapytaliśmy człowieka z reklamówką o to miejsce, a on „chodźcie do mnie, możecie rozbić się w moim ogródku”. Pan okazał się bezdomnym, zaprowadził nas do czegoś w rodzaju obozowiska bezdomnych, wskazał swój „ogródek”. A my co? Spanikowani, podziękowaliśmy i ewakuowaliśmy się z tego miejsca jak najszybciej. Tak trafiliśmy na „jeżowe pole”. Boisko obok lasu, gdzie się rozbiliśmy, a ja całą noc bałam się tupania i fuczenia. Michał do tej pory się ze mnie śmieje, że boje się jeży. A jak po całym dniu, zmęczona, miałam reagować na takie dziwne dźwięki? Myślałam, że to jakieś psy. Rzeczywistość była dużo milsza i dla mnie zaskakująca.

IMG_0458

No i w końcu dotarliśmy na Morawski Kras. Prawie do samych Vilemovic podwiozła nas matka dwójki dzieciaków. Kobieta zatrzymała się prawie na zakręcie, przemeblowała wnętrze samochodu byśmy się zmieścili z plecakami i jej dzieciakami (wyglądało to kosmicznie, gdy przerzucała jakieś zabawki i zakupy do bagażnika).  Ta mała wioska stała się naszym domem na dwie lub trzy noce i to z niej spacerowaliśmy do nieodległych jaskiń – skarbu tego regionu, między innymi do przepaści Macocha, Jaskinia Kateřinská. Gdzie spaliśmy? Na sali gimnastycznej należącej do gminy (chyba). Byli zdziwieni kiedy się pojawiliśmy, ale zadowoleni. Dodatkowo poprosili żebyśmy tam nie siedzieli w określonych godzinach, bo odbywały się tam zajęcia fitness. Cóż, panie i w takich wioskach muszą dbać o linie. Łaziliśmy, podziwialiśmy, dumaliśmy nad sposobem życia Czechów w tej niewielkiej wiosce, na środku której mieszkańcy zamiast rynku zrobili staw rybny. Leżąc na trawie kilkakrotnie widzieliśmy wędkarzy, ot tak, w centrum Vilemovic.

IMG_0574 IMG_0567Z Vilemowic udaliśmy się do Novych Młynów. A w drodze jeden z Czechów przekazał nam bardzo praktyczną informację – tutaj koło waszego campingu znajdziecie dom porośnięty winoroślą i tam pytajcie o pana Osičke. Sprzeda Wam wino, a wino robi wyśmienite. Tak się złożyło, że już na drugi dzień znaleźliśmy ten właściwy dom, a właściciel zabrał nas przez długi i wąski ogród do małej szopy. Zupełnie niepozornej szopy, aż nie podniósł klapy w jej podłodze, gdzie ukazały się naszym oczom gigantyczne beczki. Zapytani jakie wino wolimy, dostaliśmy po kieliszku do spróbowania. Nie jestem znawcą wina, nigdy nie będę, ale to, co tam piliśmy było wyśmienite. Skończyło się na zakupie pięciolitrowego baniaka. Dopiero później myśleliśmy o tym jak to transportować do Polski (plecak Michała okazał się wystarczająco pojemny).

Nove Młyny znajdowały się nad ogromnym z naszej perspektywy zalewem. Spacerowaliśmy nad nim kilkakrotnie i zyskało ono jedno miano: jeziora martwych ryb. Dlaczego? Przy brzegu pływały setki martwych, do tego wielkich ryb. Ktoś nam tłumaczył, że jest to wynik masowego przyjeżdżania tam, obozowania nad jeziorem i wpuszczaniu nieczystości do wody. No ciężko chyba żyć tym rybom w czyimś moczu. Jednak bardziej zastanawiające było raczej to, że Czesi łowią tam te ryby i opiekają sobie je na grillu. Smacznego.

IMG_0862 IMG_0974 IMG_0942

W jeden dzień wybraliśmy się na pieszą wycieczkę do Mikulova. Piękny zamek, ładne miasteczko i ta czeska atmosfera. Wszystko bez pośpiechu. Zwiedzając zamek zauważyliśmy kota. Naprawdę nie wiem jak to się stało, że patrząc na niego z góry muru zaczęliśmy na niego miauczeć. Przypadkowi turyści mieli całkiem dziwne miny patrząc na nas. Niezrażeni, zostawiliśmy kota samemu sobie i ruszyliśmy na spacer po uliczkach i zakamarkach, a w końcu w podróż powrotną przez kolejne wzgórza.

IMG_0874 IMG_0888 IMG_0935

Pole namiotowe było miłe, biegała po nich para Łestusiów, które bardzo przyjemnie sępiły nasze ostatnie kawałki chleba. Mało tego, że wysępiły, to jeszcze wypluły… A to był taki dobry kawałek chleba z pasztetem. Rozbiliśmy namiot pod drzewem, nieświadomie wybierając wyżej położone miejsce, co okazało się zbawienne, ponieważ w ostatnią noc lało. O poranku, w odległości max. pół metra wokół nas było bajoro, a przy jednej ścianie namiotu – łestusiowa kupa. Tak nam podziękowały białe diabełki za dokarmianie.

Podróż powrotna nie była długa. Do Krakowa dotarliśmy w jeden dzień. Mokrzy, zmęczeni i szczęśliwi. No, ale zanim dotarliśmy łapaliśmy stopa na stacji benzynowej przy autostradzie. Nieopatrznie staliśmy na zjeździe z niej, gdzie dopadli nas policjanci. Policjanci potraktowali nas jak dzieci, w zasadzie na nas krzyczeli. Jedno zdanie zapadło nam w pamięć: „Chcecie skończyć jak Kaczyński? Mieć krzyż przy drodze?”. Nie powiem, zamurowało nas to. Skończyło się na mandacie dla Michała, pouczeniu. Tak więc staliśmy na stacji z tekturką Polska i czekaliśmy. Tak zabrał nas kierowca tira, który okazał się byłym BORowcem, rzekomo swego czasu ochraniał młodego Jarka Wałęsę. I tak, na pogawędkach dotarliśmy do domu.

Dobrze jest wyjeżdżać, ale dobrze też wracać, by poczuć się przez chwilę jak w domu i znów wyruszyć w nieznane.

IMG_0904

Teraz z przeszłości wrócimy do teraźniejszości, a w zasadzie do najbliższej przyszłości. Pora zaprezentować szerzej nasze plany, przynajmniej część z nich, bo nie, to jeszcze nie wszystko. Mieszkamy w Szkocji i już niedługo ją opuścimy. Tylko zamierzamy jeszcze coś tu zobaczyć – czekają na nas Orkady i Hebrydy, a także piękny szlak z północy na południe. Czy o czymś zapomniałam? No tak, Bałkany. Bez nich nie mogłoby się obejść. My czekamy na nie, mam nadzieję, że one czekają na nas. I to Sarajevskie piwo w doborowym towarzystwie. Aż mnie kusi, żeby już teraz się pakować.

W ten sposób chcemy zakończyć lato. Zakończyć pewien okres w naszym życiu i z takim małym przytupem rozpocząć kolejny – spełniania marzeń!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s