Z przeszłości w przyszłość cz.2

Wspominałam już, że maj nieodzownie kojarzy mi się z Czechami. To prawda. Tylko do tego jednego kraju dochodzi jeszcze jeden. Również odwiedzony w tym miesiącu, ale w innym roku. Mowa tu o Bośni i Hercegowinie, no i o Chorwacji, która trafiła się przez przypadek. Scenariusz był podobny – weekend majowy, dużo wolnego czasu i brak pomysłu. Do momentu, w którym Lisowczyk zaproponował nam odwiedzenie go w Sarajewie. Czy długo się zastanawialiśmy? Nie. Skwitowane to było sentencją: „Jak to, my nie pojedziemy? Oczywiście, że jedziemy!”. I ta myśl towarzyszy nam od tamtej pory, pomaga w wyznaczaniu sobie nowych celów, pokonywaniu wszelkich barier. Dodaje odwagi – o tym na końcu dzisiejszego wpisu.

IMG_0249

Lisowczyk, człowiek zakochany w Bośni, w Sarajewie. Podczas jednej rozmowy sprawił, że postanowiliśmy tam jechać. Bez większego zastanawiania się nad „jak” czy „za co”. O tym najczęściej myślimy po fakcie. Spakowaliśmy plecaki, ruszyliśmy na wylotówkę z Krakowa i tak staliśmy. Tak poznaliśmy parę wybierającą się do Serbii, nota bene też Aśkę i Michała. Najlepsze w tym wszystkim było, że się nie spieszyliśmy. Mieliśmy czas, żadnego napiętego planu. Po prostu my i droga.

Jeżdżąc autostopem poznajemy mnóstwo ciekawych, a czasem i dziwnych ludzi. Tak na Słowację zabrała nas para jadąca z mama (niezadowoloną, że dzieci zabierają jakichś nieznajomych), która po jakimś czasie trochę się do nas przekonała. Był młody chłopak montujący kominki, który jechał do Martin właśnie w tym celu. Opowiedział nam historyjkę o jego wizycie w Bieszczadach. Jego dziewczyna miała pieska, jednego z tych maciupkich. Poszli na którąś połoninę, a piesek sobie biegał, a po chwili już leciał porwany przez drapieżnego ptaka. I od tej pory dziewczyna więcej tam jechać nie chciała. Koniec historii. Cóż, małe pieski zawsze wydawały mi się kłopotliwe.

Droga od Martina zaczęła się niemiłosiernie dłużyć. Utknęliśmy w okolicy Turčianskich Teplic, które stały się dla nas swoistym symbolem. Po kilku godzinach nieskutecznych prób znalezienia transportu przeszliśmy przez wieś. W chwili, z megafonów poustawianych na lampach zaczęły wydobywać się dźwięki informacji o śmieciach i innych rzeczach. W jednym momencie patrzyliśmy po sobie zadając sobie to samo pytanie: ale co tu się dzieje? Wieś zdecydowanie pamiętała lepsze czasy, te megafony i ludzie patrzący na nas z lekka dziwnie, tworzyli wrażenie krótkiej podróży w czasie. Może nie tak odległej, ale nie czułam się jak w roku 2012, a co najmniej w 1980. Spacer po tych uliczkach, te płoty i domy miały wymiar wręcz ponad czasowy. Tylko my wcale nie chcieliśmy się tam zatrzymywać na dłużej. Udało się nam w końcu dotrzeć tego samego dnia do Zvolenia, z pomocą pociągu, ale zawsze. A tam co? Pociąg stoi jak pomnik, w dodatku pomalowany w barwy maskujące. Nie powiem żebym była zdziwiona, byłam zaskoczona takim widokiem. Czyżby kryła się za tym jakaś niesamowita wojenna historia?

IMG_0011 IMG_0026

 Później trafiliśmy do centrum Budapesztu. Chcąc nie chcąc zobaczyliśmy to piękne miasto. Zabrał nas do niego słowacki taksówkarz jadący po kogoś na lotnisko. To miasto jest niesamowite, a spędziliśmy w nim tylko kilka godzin. Oznaczyliśmy je na liście wartych bliższego poznania. Dlaczego? Architektura zapiera dech w piersiach. Rzeka, ludzie, wszystko wokół jakby do nas mówiło – zostańcie tutaj, będziecie się świetnie bawić. A my jak na złość trafiliśmy do Peczu, w którym znaleźliśmy jeszcze w Polsce pole namiotowe. Tak. Według mapy musieliśmy kierować się na wielką i stromą górkę. Tam też poszliśmy. Jakie było nasze zaskoczenie, kiedy zamiast kempingu znaleźliśmy zoo. Wszędzie ciemno, nie wiemy, gdzie jesteśmy, a zza ogrodzenia krzyczą na nas małpy i inne stworzenia. Szkoda, że nie uwieczniliśmy naszych min, te twarze pełne zdziwienia i niedowierzania byłyby hitem. Skończyło się na nocy w najtańszym hotelu – najdroższy nocleg podczas tej wyprawy, który zjadł połowę naszego budżetu. No, ale zoo? Zrozumiałabym łąkę, las, zwykłe domy. Zoo? Do tej pory nie potrafię tego ogarnąć.

IMG_0044 IMG_0060 IMG_0078

Ważne było, że jesteśmy coraz bliżej celu. Sarajewo wydawało się już tak bliskie. Tak nagle z Węgier dostaliśmy się do Chorwacji, podwiezieni przez pobożnych Madziarów wspominających swoją wycieczkę do Częstochowy. Chorwaccy pogranicznicy nie mogli uwierzyć, że jedziemy do Bośni zamiast na chorwackie wybrzeże. Chorwacja początkowo nieufna, już w przygranicznym miasteczku pokazała pełnię swojej bałkańskiej otwartości. Zostaliśmy przywitani gorącymi uściskami i radosną wrzawą przez miejscową kobietę, która dojrzała nas w małym parku. Była niedawno w Gdyni na weselu córki, jej szczery entuzjazm na widok nieznajomych Polaków naładował nas pozytywną energią na cały dzień. Nawet nie zauważyliśmy kiedy udało się przekroczyć granicę z Bośnią. Całą tą trasę przebyliśmy z niesamowitym człowiekiem, z Muhamedem. Zatrzymał się nam samochód na węgierskich tablicach prowadzony przez około 50 letniego postawnego mężczyznę. Początkowo mówił do nas po węgiersku, a na nasze próby „Inglisz? Dojcz?” kiwał przecząco głową. W końcu z jego ust padło magiczne „Bosanac”. Bośniak! No to huzia, rozmawialiśmy z nim takim zlepkiem wszystkich możliwych słowiańskich języków, że aż strach byłoby słuchać, ale rozumieliśmy się. Mózgi nam parowały ale rozmowa się kleiła. Muhamed opowiadał o sobie, o rodzinie i wnukach, o swojej firmie, pokazywał zdjęcia. Opisywał mijaną chorwacką okolicę. Był zachwycony że jedziemy do Bośni, do Sarajewa. Swoją radością dzielił się z bośniackim pogranicznikiem, dzięki czemu tą granicę minęliśmy niezwykle gładko. W chwili przekroczenia granicy zadzwonił do Lisowczyka żeby mu wręcz wykrzyczeć do słuchawki „Halo Toma, mam twoich przyjaciół” i że już jesteśmy blisko, że dziś będziemy. Nie wiem jaką minę miał Tomek odbierając telefon, słysząc obcego Bośniaka opowiadającego o nas, ale pewnie zaskoczenie było. Na tym się nie skończyło. Muhamed z radością wskazywał mijane góry mówiąc co chwila „lijepa planina”. Zabrał nas do swojej wioski, pokazał dom, sad śliwkowy. Zaprowadził do lokalnego pubu, w którym poznaliśmy lokalną społeczność. Lokalnego osiłka w czapce USA, który na przywitanie uderzył pięścią w drewniany słup i rzekł tubalnie „Ja sam Dżyngis Chan”, co pozostali przywitali wybuchem śmiechu. Syna Muhameda o imieniu Panga, który czekał aż ojciec da mu kluczyki do mercedesa, którym potem woził się szpanersko po wiosce. Także lokalnego imama, który schował się przed południowym słońcem, nieśmiało sącząc sarajewskie piwo. Muhamed i nam postawił znakomite Sarajevskie. W towarzystwie jego znajomych spędziliśmy godzinę, słuchając opowieści i odpoczywając od upału. Później, Muhamed zabrał nas w najlepsze miejsce do łapania stopa przy drodze na Sarajewo. Zabrał nasz numer, chciał być pewien, że jesteśmy bezpieczni. Tego samego dnia, wieczorem, przysłał nam wiadomość z pytaniem czy wszystko dobrze. Tak pozytywnych ludzi można spotkać na świecie.

Tego samego dnia dojechaliśmy do Sarajewa, co oznacza, że udało się w trzy dni. Spotkaliśmy jeszcze trzech interesujących kierowców. Pierwszy z nich to Elivis, o którym już pisaliśmy. Drugi zatrzymał się tylko po to żeby powiedzieć „Ja tam nie jadę, ale macie piwo, tylko się podzielcie fifty fifty”, po czym zawrócił i pojechał w przeciwną stronę. Trzeci natomiast, zawiózł nas do samego celu. Chociaż nigdy tak się nie bałam jadąc z kimś. Żeby nas wpakować do samochodu, poupychał jakieś jajka i inne dziwne pakunki do bagażnika swojej starej Zastawy. Jechaliśmy przy tak głośnej, miejscowej muzyce, że nie słyszałam o czy mówił z Michałem z przodu. Częstował nas chrupkami, a gdy się skończyły usłyszeliśmy: „Wyrzuć. Gdzie? No przez okno.” A wokół las i tabliczki o niebezpieczeństwie i minach… Droga nie tylko prowadziła przez las i po wielkich zakrętach, ale i przy sporych stromiznach i przepaściach. Nasz kierowca tym się nie przejmował, jechał jak szalony, udało mu się nawet wyprzedzać autobus na trzeciego, na zakręcie, mając na oko stumetrową przepaść z lewej. Dowiózł nas jednak w jednym kawałku niemal do samego centrum Sarajewa, pozostało tylko udać się do Deja. Rodowity Sarajewianin, udzielił nam gościny w zamian za czteropak Żywca, który przywieźliśmy mu z Polski. Częstował kawą po bośniacku, którą z dziką przyjemnością celebrowaliśmy na balkonie w gorące bałkańskie wieczory.

Sarajewo. Kto był, wie jakie jest, a kto nie, wiele o tym miejscu słyszał. Miasto – pomnik. Miasto – duch. Miejsce, w którym nowe i śliczne budynki ze szkła stoją obok secesyjnych kamienic ze śladami po serii z karabinu. Patrząc na te wszystkie zniszczenia, które są widoczne na każdym kroku, nie ma się wrażenia, że to było już dawno, ale jakby strzelano tam jeszcze wczoraj. Tylko zaraz spoglądając na ludzi, na ten spokój i opanowanie, na uśmiechy, na zwykłych przechodniów i kupców, widać, że to dość odległa historia. I tak, człowiek gubi się gdzieś pomiędzy tym, co teraz, a tym, co było, co wciąż żywe. Na każdym kroku znajduje się na granicy światów, a jest ona płynna. Sarajewo jest pięknym miastem. Stare i rozpadające się budynki, dodają mu uroku, pokazują turystom swoją historię, historię, o która można się tu potknąć (patrząc na „róże” na chodnikach, czyli miejsca w których kogoś dosłownie rozsadził wybuch granatu). Czy w tym miejscu można uciec od jego przeszłości? Jest to raczej trudne, ale czy warto?

IMG_0085 IMG_0097 IMG_0100 IMG_0105 IMG_0114

Bośniacy to ciekawy naród. Nigdzie się nie spieszą. Potrafią spędzić cały dzień w swojej ulubionej kawiarence i popijać kawę. Zdarzyło się, że kiedy wychodziliśmy na spacer po mieście, to widzieliśmy jakiegoś mężczyznę przy stoliku mijanej kawiarenki, a gdy wracaliśmy kilka godzin później, on nadal tam siedział. A jak wygląda Muzeum Historyczne? Zacznijmy od tego, że cenę biletu negocjowaliśmy. Samo muzeum wygląda jak relikt poprzedniej epoki – płytki na schodach ledwo się trzymają, bilety sprzedawała starsza pani, w środku wszytko jakby zakurzone, dawno nieużywane czy odwiedzane. Niewielu odwiedzających było w tym samym czasie co my. Większość eksponatów, zdjęć, itp. dotyczy ostatniej wojny w Jugosławii, ale mają tam też broń i inne eksponaty z wcześniejszych epok. Jak się to prezentuje? Żadnych szklanych gablot. Pistolety z czasów tureckich czy średniowieczna pieczęć Kralja Tvrtka były przymocowane do ściany drucikami albo wisiały na gwoździach. Takie skarby, w sumie w żaden sposób nie były zabezpieczone, nawet my moglibyśmy je wsadzić do plecaka i wyjść nie wzbudzając podejrzeń. Dziwnie też chodziło się pomiędzy zdjęciami, z których biła tragedia ludzi, w mieście, w którym do tego doszło. Jak duch pośród wciąż trwającej wojny.

IMG_0124 IMG_0150 IMG_0153 IMG_0176 IMG_0184 IMG_0186 IMG_0233 IMG_0214 IMG_0206

Nie planowaliśmy jechać nad morze, do Chorwacji. Samo tak wyszło, bo było stosunkowo blisko, bo wciąż mieliśmy czas. Do prawie samej granicy dojechaliśmy pociągiem. To, jaką trasę ma ten pociąg, było niesamowite. Góry, wiadukty, tunele, wiadukty. Tylko szyby mogłyby być trochę czystsze. Później jadąc autostopem, w niewyobrażalnym upale, dotarliśmy do Dubrovnika. A w zasadzie do Kupari, gdzie było pole namiotowe. Co było pierwszą rzeczą jaką zobaczyliśmy na miejscu na przystanku? Plakat po polsku, z którego dowiedzieliśmy się, że właśnie w tym miejscu ma finał wyścig autostopowy z Gdańska. Cóż. Wpadliśmy jak śliwki w kompot.

IMG_0277

Dubrovnik jest piękny, stary, kamienny i pełen uliczek do szwendania się. Stara część miasta, otoczona murami, wciąż jest zamieszkana. To tak jakby na Wawelu ktoś mieszkał. A tu wisi pranie, tu ktoś popija kawę w oknie, dzieci biegają za kotem. Życie nigdy się nie zatrzymało w tym mieście, nie opustoszało ze względu na swoją zabytkowość. Ludzie tu żyli przed wiekami i nadal żyją. Zaglądaliśmy w małe uliczki, które najczęściej były puste, dotykaliśmy murów i zastanawialiśmy się jak tu było kilka wieków temu. Czy odnaleźlibyśmy się w tym miejscu? Czy podobałoby się nam tak bardzo jak teraz? Czy woda w morzu była tak samo niesamowicie przejrzysta czy może jeszcze bardziej? Nigdy do tej pory nie widziałam tak pięknego morza. Bałtyk jest piękny, ma niesamowite plaże, ale Adriatyk z jego kolorowymi rybkami, dnem, które widzisz, to coś, co zapada w pamięć. Nie wspomnę już o tych pięknych pomarańczach i mandarynkach wiszących na drzewach. Nigdzie nie jadłam tak dobrych mandarynek jak właśnie w czasie tej podróży.

IMG_0304 IMG_0306 IMG_0378 IMG_0355 IMG_0326 IMG_0311 IMG_0300

Powrót do Polski wydawał się trudniejszy. Wiele osób z wyścigu też wracało. Wszędzie było pełno ludzi. Jedną parę spotykaliśmy trzy razy w różnych miejscach. Dotarliśmy do Makarskiej, znaleźliśmy pole namiotowe, które było jeszcze zamknięte, ale jacyś robotnicy tam pracujący pozwolili nam się rozbić. Nie wiedzieliśmy, co i jak, padliśmy jak kłody. Wstaliśmy o świcie i poszliśmy, teren był pusty. Tak trafiliśmy na milionera z wyspy Hvar. Dalej w ciągu kilku godzin dotarliśmy spod Splitu pod Zadar. Jechaliśmy z młodym kierowcą ciężarówki, który dzień wcześniej zabalował z kolegami i teraz trawił go kac morderca. Momentami opowiadał o ciekawych rzeczach w mijanych okolicach, pokazywał, gdzie ma swoje sady oliwne, że to interes dla jego dzieci w zasadzie. Zostawił nas na stacji benzynowej. A na niej mała grupka autostopowiczów, który utknęli jak my. To był ciekawy wieczór, tym bardziej, że spotkaliśmy znajomego z Krakowa, do którego wróciliśmy już następnego dnia. Dojechaliśmy do Cieszyna z parą lekarzy, on pochodził z Syrii, ona była Polką.

To była niesamowita wyprawa. Wiele zobaczyliśmy, wiele się nauczyliśmy. I ja chcę jeszcze raz!

Wyprawy takie jak na Czechy czy do Bośni sprawiły, że uwierzyłam, że można wszystko. Wystarczy chcieć, trzeba próbować. Jeśli chcemy świat mamy na wyciągnięcie ręki, tylko czasem trzeba pokonać kilka przeszkód. My właśnie pokonaliśmy ostatnie przeszkody, które dzieliły nas przed naszym największym marzeniem (jak na razie największym) – Ameryką Południową. Mapa na ścianie wciąż przyciąga wzrok, a ten szuka właśnie tego kontynentu, błądzi przez Brazylię, Urugwaj, Paragwaj i Argentynę, biegnie do Chile, Boliwii i Peru, przeskakuje do Ekwadoru i Kolumbii, tęsknie zerka na Panamę. Tak, to są kraje, w których chcemy się znaleźć, a raczej, w których się pojawimy od jesieni tego roku do końca lata 2016 roku.

Marzenia uczą nas sięgania wyżej i dalej. Ameryka Południowa jest właśnie takim marzeniem. Czymś, co urzeczywistni się już niedługo. Czymś, na co czekamy od roku, a może większość życia? Coś mi się zdaje, że to ta „wycieczka” zdecydowanie podniesie poprzeczkę na każdą następną naszą „wyprawę życia”.

Aśka i Michał

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s