Z wyspy na wyspę, to i na kolejną wyspę!

Upragniony urlop. Ponad tydzień beztroski. Bardzo długo zastanawialiśmy się, w jakie miejsce się udać. W grę wchodził namiot i łazikowanie. Pierwszy pomysł: jedźmy do Hiszpanii! Po trzecim dniu naszej wyprawy, kiedy to wszystko było mokre (my, plecaki, śpiwory i świat) zaczęliśmy zadawać sobie pytanie jak to się stało, że zamiast do Santander, pojechaliśmy na Wyspę Skye. W zasadzie odpowiedzi nie znaleźliśmy do tej pory. Także będzie to opowieść o jednej ze szkockich wysp, a nie o słonecznym Półwyspie Iberyjskim. Będzie o wietrze i deszczu, o słońcu i chmurach, a przede wszystkim o niesamowitych wspomnieniach.11061266_10202872440851147_5932568580593381083_o

Wyspa Skye reklamowana jest jako jedna z najpiękniejszych części Wielkiej Brytanii. Niewielki skrawek ziemi, skrajnie różny w poszczególnych częściach. Znajdziecie tu piękne plaże, klify, wrzosowiska i niesamowicie strome góry, a także takie trochę bardziej dostępne. To taka kwintesencja Szkocji. Szkocja w pigułce. Dostać się na nią można dwoma drogami – most z Kyle of Lochalsh albo prom. To ostatnie było zbyt proste, przecież trzeba samemu pokonać odległość z ostatniej miejscowości z dużej wyspy do pierwszej na tej mniejszej. Uznaliśmy, że to będzie po „naszemu” – co w skrócie oznacza utrudnianie sobie życia zwykle w miejscach, gdzie nie jest to konieczne. Fakt, mijał nas autobus. I od samego początku tej wyprawy ścigał nas deszcz, przelotny, krótki.

Postanowiliśmy sobie, że przejdziemy jakąś połowę szlaku (Skye Trial), który przebiega z północy na południe tej zacnej wyspy. Plan ambitny, ale przecież nie pierwszy to raz. I w sumie trzymaliśmy się go przez trzy dni, piękne i mokre dni. Deszcz w końcu nas dopadł, na szczęście (lub nie) dopiero po obejrzeniu/spenetrowaniu resztek kościoła i cmentarza, które stały się pastwiskiem dla owiec. No nie ma nic bardziej naturalnego w Szkocji jak owca śpiąca na lub obok czyjegoś grobu.

P1020745P1020757P1020767P1020804P1020812 P1020815 P1020838 Miejsce, które wyznaczyliśmy sobie na mapie jako obóz, okazało się dalej niż nam się wydawało. Dotarliśmy tam już z lekka mokrzy. To jednak zupełnie straciło na znaczeniu w jednym momencie. Wyszliśmy zza pagórka i przed naszymi oczami ukazało się zbocze pełne ruin starych domostw, a zaraz obok, zatoka i widok na ocean. No i oczywiście owce. Nie zapominajcie o owcach. Gra kolorów nieba po deszczu, nieśmiało rzucającego promienie słońca, wody i trawy – bajka! Czas zatrzymał się dla nas, a może nawet zaczął się cofać, kiedy zaglądaliśmy pomiędzy stare ściany, które były kiedyś domem, z którego nakazano się wyprowadzić i wysłano za ocean. Dziwnie się spało w takim miejscu. Miejscu, które jeszcze 150 lat temu tętniło życiem, domy miały dachy, a z kominów unosił się dym jak z naszego ogniska. Rano, zamiast jakiegoś hałasu budzącej się do życia wsi, obudziła nas owca, bezczelnie mecząca obok naszego namiotu. Lepsze to niż kogut czy alarm w telefonie.

Szlak wiedzie wybrzeżem, ścieżka wspina się na zbocza i klify. Wokół tylko przestrzeń, a przed nami wyrastały Cuillins – piękne i niesamowicie strome góry, a po ich szczytach powoli przesuwały się chmury. Nieświadomie urządziliśmy sobie wyścig – wyprzedziłam Michała chyba o 100 metrów i dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że chłop mi się zapodział. A on sobie szedł z tym swoim stoickim spokojem „może byś tak trochę zwolniła?”. No to zwolniłam na ławeczce pośrodku niczego, ale za to z widokiem na ocean i Cuilliny. I można by powiedzieć, że tak tylko szliśmy. To prawda. Jednak każdy kto lubi wędrówki wie, że to nie tylko to. Bo to inny zapach, kolor i widoki. Bo to zwierzęta – jak na przykład stado fok, które obserwowaliśmy z klifu. I jeszcze raz przestrzeń.

Szkocja to kraj, w którym możesz spać na dziko, gdzie chcesz. Poza tym, istnieją tutaj chatki, coś jak nasze bacówki, z taką małą różnicą, że są one ogólnie dostępne, w dobrym stanie i często w bardzo dziwnych i dzikich miejscach. Nazywają je bothy i w takim jednym spaliśmy. Z nami silna grupa Niemców i trzy Szkotki. Już mieliśmy nadzieję na super imprezę w międzynarodowym towarzystwie, a skończyło się na dziesięciu minutach rozmowy z dwoma Niemcami, którzy z przyjemnością łyknęli naszej wody ognistej. Towarzystwo poszło jeść i spać. Nie zostało nam nic innego jak pić niesioną przez nas whisky dalej.

Dzień trzeci był dniem przełomowym. Niemcy poszli skoro świt, Szkotki też. Zostaliśmy sami, za oknem wiało i lało, raz mocniej, raz słabiej. Buty Michała wciąż były mokre po kąpieli z glonami – nie chciało nam się iść do mostu na rzeczce, więc wymyśliłam „chodźmy plażą!”. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby pod glonami były te same kamyczki, na których ja stałam, Michał okazał się dzielnym pionierem i szedł pierwszy sprawdzając drogę. Tak prawie stracił buty. Czyż ja nie wpadam na genialne pomysły czasem? Drogę ostatecznie znaleźliśmy, nieco wyżej, obok zmumifikowanej słoną wodą owcy.

Do wyjścia z w miarę ciepłego, a na pewno suchego schronienia zmobilizował nas kolejny gość. Izraelczyk, mokry jak diabli i śmierdzący jak sto diabłów. Uznaliśmy, że się przejaśnia, więc dlaczego by nie iść dalej. Nie wiem czy przeszliśmy sto metrów – spodnie były całe mokre. Dalej było tylko bardziej mokro – strumyczki stały się rwącymi potokami, ścieżka – strumykiem, wrzosowisko – bagnem. Po pół godzinie marszu już nie miało znaczenia czy wchodzę w wodę po kostki czy kolana i tak byłam cała mokra. I to była dolina Sligahan. Podobno piękna, otoczona stromymi zboczami Cuillinów, które w tym wypadku schowane były za zasłoną chmur i wody. Wody, która spadała z nieba, chlupotała pod i w butach, która spływała kaskadami z każdej możliwej skały. Tylu wodospadów chyba jeszcze w swoim życiu nie widziałam. W dodatku w całym tym wodnym królestwie zachciało mi się sikać. Zmarznięte palce i totalnie mokre spodnie. Ta jakże prosta potrzeba stała się prawie nieosiągalna jak medal olimpijski. Wiecie kiedy przestało padać? Kiedy doszliśmy do samej „miejscowości” Sligahan.

P1020905P1020910 P1020979 P1020983 P1020994 P1020997 P1030016 P1030026 P1030045 P1030046 P1030061

Z całej wyprawy najlepiej będę wspominać noc w hotelu w Portree. Raz, mieliśmy tam w zasadzie nie dotrzeć. Dwa było ciepło i sucho. Trzy na dole był pub, w którym grali sobie miejscowi muzykanci. Chcesz poczuć prawdziwy klimat Wyspy Skye? Idź do pubu i baw się z wyspiarzami przy muzyce akordeonu i skrzypiec. Podryguj, potańcz, śpiewaj i śmiej się. Można to zrobić nawet boso, jak ja, moje buty zostały w pokoju do suszenia.

Było już o deszczu i to sporo (oczywiście był z nami do końca tego wyjazdu), więc czas na wiatr. Jak często uważałam, że w Perth wieje i jest przez to nieprzyjemnie, tak od tamtego czasu uważam, ze tu prawie nie wieje. Znaleźliśmy się w okolicy Old Man of Storr, nawet chcieliśmy iść tam w góry, nocować na ich płaskowyżu. Tak, to był dobry pomysł. Szkoda, że by nas zdmuchnęło. W innym miejscu, na cypelku, obok innego bothy’ego mogłam uczyć się latać. Niestety plecak stanowił zbyt duże obciążenie. A  co dzieje się, kiedy wiatr spotyka się z deszczem? Siecze twarz jakby kostkami lodu i uniemożliwia poruszania się, cóż, nawet stara się wywrócić biednych wędrowców. Także, Skye zafundowała nam również lekcje latania, nie powiem, ciekawe doświadczenie, może nawet warte powtórzenia.

W Uig, w porcie, w którym zdecydowanie miało nas nie być, jest pub. W tym pubie kominek i wygodne sofy. Po dniu łazikowania szczerze polecam, tym bardziej, że piwa, a konkretnie ale, które tam serwują są bardzo dobre, z okolicznego browaru. Nawet sofa, na której siedzieliśmy wydawała mi się stokroć lepsza od namiotu. W okolicach tego miejsca uknuliśmy kolejny plan. Normalnie ludzie na urlopie raczej chcą odpocząć, poleżeć. Nam to zdecydowanie nie wyszło, bo kiedy okazało się, że mamy w zapasie jeszcze dwa dni, obok przystań, z której odpływały promy na Lewisa i Harrisa, to po prostu kupiliśmy bilety. Nie da się? Oczywiście, że się da.

Z dużej wyspy pojechaliśmy na mniejszą, a z tej mniejszej na jeszcze mniejszą. Okazało się to tak proste jak skakanie palcem po mapie okolicy. Może nie udało nam się zobaczyć wszystkiego z czego słyną Hebrydy Zewnętrzne, a to, co widzieliśmy, raczej szybko nam mignęło. Jednak udało nam się objechać prawie całość, poczuć magię tej wyspy praktycznie pozbawionej drzew, a za to z setkami jezior. Usłyszeliśmy tu piękny, szkolny angielski i akcent, którego normalnie bym nie zdefiniowała. To tam, ludzie wciąż posługują się gaelic. A Stornoway to urokliwa mała mieścina, nota bene największa na wyspie.

I mimo że pogoda nie była doskonała, dużo jej do tego brakowało, to wiem, że kiedyś wrócimy na Wyspę Skye, jak i na resztę Hebrydów. By po raz kolejny zachwycić swoje oczy i duszę, a na twarzy poczuć właśnie ten wiatr. By zobaczyć Cuilliny w słońcu.

Aśka

P1030094

P1030116P1030188P1030246P1030309P1030323P1030340P1030347P1030372P1030386P1030469P1030490P1030626P1030660 P1030668P1030669P1030730P1030747P1030766P1030796P1030809P1030915P1030953P1030982P1040015

Advertisements

5 uwag do wpisu “Z wyspy na wyspę, to i na kolejną wyspę!

  1. A ja nie byłem… Straciłem… Bo w ogóle siedzę w tej Limanowej i Mszanej…A nie, nie! To nie pomyłka. Ludzie mszańscy, tacy intelektualni nieco, to mówią >we Mszanejw Mszanyy,..
    Widoki są piękne, choć surowe i te owce sztuczne i niesztuczne… Na Skye, nie w Mszanyy! I wygląda, że tam bez przerwy wieje! Pozdrawiam i czekam, kiedy was przywieje do Polski…

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s