Inna Europa – w północnej Albanii

Jadąc na południe wzdłuż wybrzeża Morza Adriatyckiego jechaliśmy przez znane nam już jako tako otoczenie. Ludzie o typowo słowiańskich twarzach mówili wciąż w tym samym języku, wszędobylskie szyldy i reklamy wciąż były pisane losowo wybranym alfabetem, wszędzie leciało jugo disco, każda większa ulica w mijanych miasteczkach nosiła miano Tity, a krajobrazy wciąż były powalająco piękne. Ot taka zwyczajna post-jugosłowiańska rzeczywistość, którą już chyba przyswoiliśmy na tyle, by czuć się tu swojsko. Końcówka czarnogórskiego wybrzeża zdradza jednak oznaki zbliżania się do innej rzeczywistości. Znaki robią się dwujęzyczne, co nie sprowadza się już jak gdzie indziej do napisania identycznej nazwy dwoma alfabetami. Pojawiają się znów minarety. Coraz więcej jest samochodów marki Mercedes. Słowem, czuć że zbliżamy się do Albanii. W Ulcinju, gdzie plażowaliśmy jeden dzień panuje strefa przejściowa. Niby to jeszcze Czarnogóra, ale już nie rozumiem, co mówią mieszkańcy o dziwnych imionach. Tito musiał ustąpić Matce Teresie. Robi się mniej pewnie. Dziwne uczucie, zbliżyliśmy się do świata, o którym praktycznie nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Z Ulcinja kursuje busik do Tirany. Zmęczeni już trochę upałem postanowiliśmy z niego skorzystać i tak przekroczyć bramy zaginionego świata.

P1060005

Na dworcu autobusowym w Ulcinju pracuje chyba więcej Albańczyków niż Czarnogórców. Bałkańskim zwyczajem dzielenia prostych prac na kilka osób, dworzec ów ma osobnego pana od wpuszczania ludzi na płytę dworca. Jego obowiązki ograniczają się do wzięcia biletu od podróżnych, przyłożenia go do automatycznej bramki celem jej otwarcia i oddania podróżnemu. Oczywiście sami moglibyśmy to zrobić, jak robią to codziennie miliony ludzi na dworcach całego świata, ale za to człowiek ma pracę. Tak zwykle wygląda automatyzacja po bałkańsku. Kolejny pan, stojący kilka metrów obok ma równie odpowiedzialne zadanie wypuszczania podróżnych z płyty dworca przez metalową furtkę. Nawał obowiązków sprawia, że pracujący na dworcu popełniają zwykłe ludzkie błędy. Pani bileterka sprzedała jakieś 50% więcej biletów niż autobus miał miejsc, co zaowocowało awanturą wszczętą przez wściekłego Czecha o spoconej twarzy. Pan otwierający automatyczną bramkę nieopatrznie wpuścił wszystkich, za co przepraszał pana kierowce. Ten machnął na to ręką, podobnie jak na wściekłych podróżnych, którym kazał się wynosić. Wybrnęli z tego zamawiając sobie taksówki po kilka osób, ale czy dostali zwrot pieniędzy, nie wiem. Dla nas miejsca wystarczyło, więc powoli zaczęliśmy wspinać się górską drogą w stronę albańskiej granicy i dalej, ku pięknie położonej Szkodrze.

Szkodra wita przyjezdnych widokami rozpadających się budynków na przemian ze szklanymi hotelami. I szerokimi uśmiechami taksówkarzy, którzy z miejsca oferują transport. Poza nimi i żebrzącą Cyganką na ulicach nie było niemal nikogo. Z nieba lał się żar ponad czterdziestostopniowych upałów, a my zaczęliśmy sobie zadawać pytanie, gdzie my do licha jesteśmy. Ktoś wskazał jedną drogę, pół kilometra dale,j ktoś kazał zawrócić i iść w przeciwną stronę. Jakoś doczłapaliśmy się do czegoś na wzór centrum miasta i przypadkiem trafiliśmy na jakiś hostel. Szybka decyzja i mamy tani nocleg. Mogliśmy już na luzie odkrywać nowy dla nas kraj.

P1050855a P1050856 P1050858 P1050865

Jedną z niewielu rzeczy jakie słyszeliśmy wcześniej o Albanii była kiepska znajomość języków wśród miejscowych, a jeśli nawet to miał to być wyłącznie włoski. W Szkodrze jest to kompletnie nieuzasadniony mit. Większość zagadywanych ludzi mówiła po angielsku, lepiej lub gorzej, ale jednak. Drogę wskazać potrafili, nam to wystarczało. Często zagadywano do nas jakimiś niemieckimi zwrotami, sporo miejscowych migruje bowiem do pracy do Austrii, Niemiec i Szwajcarii. Włoskiego nie słyszeliśmy, ale parę osób twierdziło, że go zna. Czasem działał też serbski, z racji bliskości granicy, ale dziwne spojrzenia, jakimi nas obrzucano, gdy chciałem się dogadać w ten sposób sprawiły, że szybko dałem sobie z tym spokój. Inaczej wygląda to poza miastem. W górach i pod kosowską granicą nie spotkaliśmy nikogo mówiącego inaczej niż po albańsku. To tam powstała jedyna bariera między nami a nimi, w wyniku której czuliśmy się chyba jedyny raz naprawdę obcy.

Żeby się z kimś dogadać, trzeba najpierw go znaleźć. Dotarliśmy do Szkodry tuż po południu, w efekcie czego nie spotkaliśmy żywej duszy. Albańczycy wstają bardzo wcześnie, w okolicach szóstej rano kawiarnie pełne są mężczyzn pijących kawę, po ulicach kręci się też pełno ludzi. Po dziesiątej wszyscy gdzieś znikają. Część jedzie nad nieodległe morze, reszta zaszywa się w swoich domach. Nad sąsiednie jezioro nie jedzie prawie nikt, bo woda w nim jest gorąca i nie daje ochłodzenia. Ulice pustoszeją. Kawiarnie i lokalne garkuchnie niby są otwarte, ale obsługa schowana, bo klientów i tak nie ma. Tak odkryliśmy słynne zjawisko sjesty, chodząc po miasteczku i zastanawiając się czy ktoś w nim w ogóle mieszka. Sytuacja diametralnie odwraca się około szóstej popołudniu. Nagle wszędzie pełno ludzi, kawiarniane stoliki ożywają, gwar setek osób wypełnia powietrze. Ulice robią się tłoczne i trwają w tym stanie niemal do północy. Parki są oblegane przez dziadków grających w domino. Miasto tętni życiem i śpiewem ptaków siedzących w klatkach pozawieszanych przy kawiarnianych drzewkach. Uderza w oczy tylko jedna rzecz, wokół bardzo mało kobiet. Normą są knajpki wypełnione wyłącznie mężczyznami. Albania jest chyba najbardziej zacofanym pod względem równości płci krajem Europy. Jakby cała rewolucja obyczajowa jaka obiegła świat w dwudziestym wieku nigdy tu nie zajrzała, albo raczej zaczęła zaglądać nieśmiało dopiero teraz. Genezy tego trzeba chyba szukać w tradycji albańskiej, która od wieków traktowała kobiety całkowicie przedmiotowo nie przydzielając im absolutnie żadnych praw. Kobieta według tradycji była w Albanii dosłowną własnością męża. Trwało to aż do komunizmu, który dał kobietom prawo do pracy czy nauki, ale wielowiekowej mentalności nie da się łatwo zmienić, co wciąż widać. Austriaczka ucząca języka niemieckiego w lokalnej szkole opisała nam panujący w niej mechanizm. Dziewczyny uczą się więcej i pilniej, mają bowiem świadomość, że to ich jedyna szansa na przetrwanie i jakiśkolwiek sukces. Chłopaki często nie uczą się wcale, bo są wychowywani w przekonaniu, że jako mężczyźni nic nie muszą. Ulice okupują setki bezrobotnych samców sączących w nieskończoność kawę i wpatrujących się tępo w przestrzeń, którzy nie pracują, bo raz, że nic nie umieją, a dwa są na to za fajni. Przeświadczenie o własnej fantastyczności dotarło też na imprezy, które w Albanii są najdziwniejsze ze wszystkich jakie widziałem. A przynajmniej ta, na której byliśmy była dziwna. Pal licho muzykę, która lawiruje między italo-disco a anglosaskim popem. Rzecz w tym, że nie istnieje coś takiego jak parkiet, nikt tam nie tańczy. W miejsce do tańczenia powstawiane są wysokie ale małe stoliczki, przy których się stoi i pije piwo, dwa razy droższe niż w pubie za ścianą. Chłopaki tak stoją niemal bez ruchu i piją w kółeczkach po maks 5 osób. Nikt nie rozmawia bo jest za głośno, nikt się w zasadzie nie bawi. Jeden na kilku kiwa głową do rytmu. Tylko nieliczne dziewczyny stojące obok usiłują tańczyć w miejscu przy tych miniaturowych stoliczkach. Albańczyk o imieniu Nektar z pubu obok jednej z takich szkoderskich imprezowni opisał to nam tak. Kiedyś ludzie tańczyli jak wszędzie. Kilka lat temu ktoś znany, gdzieś w Tiranie stał bez ruchu na parkiecie i pił piwo, a obok wiły się do niego dwie dziewczyny. Lokalni macho uznali, że to jest fajne, że są zbyt cool żeby tańczyć, że lepiej stać i opromieniać świat swoją zajebistością. Moda się rozprzestrzeniła, właściciele imprezowni zwęszyli interes i obstawili lokal tymi wysokimi stoliczkami, żeby fajne chłopaki miały na czym postawić swoje piwo kiedy tak stoją i się lansują. Nektar narzekał, że jego pub mniej przez to zarabia, bo fajne chłopaki wolą iść i sączyć jedno małe piwo stojąc za ścianą, niż wypić u niego dwa. No, ale u niego nie ma lansu.

P1050881 P1050873 P1050882 P1050887 P1050891 P1050898 P1050889 P1050904 P1050905 P1050918 P1050925a P1050935 P1050936

Chyba największą i prawdziwą miłością Albańczyków są samochody. W czasach komunistycznej dyktatury posiadanie prywatnego samochodu było zabronione. W efekcie w Albanii praktycznie nie ma starych aut, jak np. wszechobecnego w dawnej Jugosławii autka Jugo. Po zmianie ustroju masowo zaczęto sprowadzać samochody z Niemiec, głównie Mercedesy, które stanowią obecnie większość wszystkich pojazdów. Mercedes jest jak religia. Pierwszym miał być luksusowy model podarowany przez Hitlera królowi Zogowi jeszcze przed drugą wojną światową. Na pytanie dlaczego akurat Mercedes, Albańczycy odpowiadają – „bo jest najlepszy”. Kolega Nektara tłumaczył, że za komuny praktycznie nie było w Albanii asfaltowych dróg. Pierwsze sprowadzane w latach 90tych auta musiały więc mieć solidne zawieszenie i silniki. Mercedesy miały spełniać te wymogi lepiej niż inne auta. Poza tym używanego, 10 letniego, można w Niemczech dostać już za kilka tysięcy Euro. No i prestiż. Im lepszy samochód, tym większy prestiż kierowcy. A, skoro Mercedes cieszy się opinią najlepszego, to praktycznie nie ma wyboru. Albańczyk może mieć rozpadający się dom, ale dobry samochód musi pod nim stać. No i musi mieć zdjęcie swojego auta, które pokazuje wszystkim. Kolega Nektara pokazywał nam nawet ze wzruszeniem zdjęcie starego Mercedesa swoich rodziców, który wprawdzie już nie jeździ, ale ciągle cieszy oczy. Po Albanii jeździ też też trochę nowych Audi, BMW i VW. Czasem trafia się samochód inny niż niemiecki. Inaczej sprawa ma się z jednośladami. Tu królują marki włoskie, zwłaszcza stare Piaggio, których jeździ tu mnóstwo, a nikogo nie dziwi widok czteroosobowej rodziny na jednym. Poza tym jeździ tu mnóstwo riksz domowej roboty, jak chyba w żadnym innym europejskim kraju. Najczęściej są zbudowane na bazie owych włoskich jednośladów.

Komunizm odcisnął ogromne piętno na Albanii i jej mieszkańcach, nie tylko w postaci koszmarnych dróg, które dopiero teraz się poprawiają. Jednym z pomysłów komunistycznego dyktatora Envera Hodży było całkowite odcięcie kraju od świata i wpędzenie Albańczyków w paranoiczny lęk przed obcą inwazją. Rozpoczęto masową budowę małych „rodzinnych” betonowych bunkrów, które do dziś straszą po całym kraju. Ostatecznie wzniesiono ich ponad 600 tysięcy. Widzieliśmy tylko kilka, zapuszczonych i zostawionych samym sobie. Innym efektem zamknięcia granic było faktyczne uwięzienie w Albanii wielu cudzoziemców. Hostel, w którym spaliśmy współprowadzą bracia Silver i Angelo. Ich dziadek był Austriakiem, babcia Czarnogórką, oboje mieszkali z dziećmi w Chorwacji. W latach 60tych w Chorwacji dochodziło do niepokojów społecznych i rodzina postanowiła przeczekać ten czas w spokojnej wówczas Albanii. Po przeprowadzce dziadek braci wrócił do Chorwacji przypilnować rodzinnego domu i pozałatwiać jakieś pozostawione interesy. I wówczas Albańscy komuniści zamknęli granicę. Przestała działać poczta, nie było połączeń telefonicznych, ani żadnego kontaktu z zagranicą. Stan taki utrzymał się praktycznie do upadku komuny. Dziadkowie Silvera stracili zupełnie kontakt ze sobą, babcia została odcięta od świata z dwiema nastoletnimi córkami w Albanii, nie znając języka ani praktycznie nikogo na miejscu. Kobieta jakoś sobie mimo wszystko urządziła życie. Podobny los spotkał wszystkich cudzoziemców, przebywających wówczas w Albanii. Kraju nie mógł legalnie opuścić nikt, a ucieczka była zgodnie z prawem traktowana jako zdrada państwa, więc złapani na próbie zwykle kończyli życie. Jedynym kontaktem ze światem była nielegalnie odbierana włoska telewizja i radio, za co groziło więzienie. Co sprytniejsi Albańczycy montowali anteny we wnętrzu domów pod dachami, aby nie było ich widać z zewnątrz. Stąd między innymi znajomość języka włoskiego w Albanii. Inną historię opowiedział nam łamanym serbsko-angielskim chłopak pracujący na promie płynącym przez piękne jezioro Komani. Jezioro powstało w wyniku budowy zapory na rzece Drin. Zalano wówczas długą, zamieszkaną, górską dolinę. Inaczej jednak niż w przypadku budowy zapory w Solinie, mieszkańców nie wysiedlono wcześniej. Albańczyk opowiadał, że jego ojciec dostał telefon, że w ciągu 24 godzin musi opuścić swój dom, podobnie jak jego sąsiedzi, rozpocznie się bowiem zalewanie doliny. Kazano im iść z dobytkiem w góry. Na pytanie o odszkodowania nasz kolega popatrzył ze zdziwieniem i stwierdził, że nikt nigdy odszkodowania za zalane domy nie dostał, rodzina musiała budować się od nowa na własny koszt. Ogólnie, każdy spotkany przez nas Albańczyk uważa, że okres komunizmu to największa tragedia, jaka spotkała jego naród w całej jego historii. Inna sprawa, że swoją historię słabo znają, albo raczej interpretują ją w typowy dla Bałkanów sposób. Przykładowo Albańczyk Dragan, chłopak po dwudziestce o częściowo czarnogórskich korzeniach tłumaczył nam, że włoska okupacja w czasie wojny światowej, to był piękny czas w historii Albanii, bo Włosi okupowali także Kosowo i kawałek Macedonii i Grecji, więc to tak jakby cały ten obszar był Albanią. Dragan nienawidzi Ameryki i Żydów. Twierdzi, że Albańczycy sami poradziliby sobie z Serbami w Kosowie, a ci wszyscy jego rodacy lubiący USA to durnie. Kocha natomiast Turcję, a Stambuł uważa za najwspanialsze miasto świata, chociaż nigdy tam nie był. Ze względów rodzinnych lubi Czarnogórców, podziwia Niemców i Włochów za ich technologie motoryzacyjne, gardzi natomiast Grekami, uważając ich za tchórzy, niedorastających do pięt Turkom i Albańczykom. Albańczycy generalnie wydają się garnąć do Europy. Bardzo częstym widokiem są wiszące obok siebie flagi Albanii i Unii, zwłaszcza na szkołach czy urzędach. Spotkany już w Macedonii albański informatyk twierdził, że Unia to jedyna obecnie realna szansa na połączenie wszystkich jego rodaków, żyjących w kilku sąsiednich krajach. Z drugiej strony widać, że Turcy bardzo się starają przyciągnąć ich do siebie. Tu i ówdzie stoją ufundowane przez nich pomniki, odnowione meczety i inne osmańskie zabytki. Unia z kolei funduje im brukowane chodniki i alejki z ławeczkami nad rzeką. Sami Albańczycy fundują sobie głównie Matkę Teresę. Jak w Polsce jest mania na pomniki Piłsudskiego i Jana Pawła II, jak w Bośni każde miasto ma główną ulicę imienia Tity, tak w Albanii rządzi Matka Teresa. Główna ulica musi być jej imienia i koniec, pomnik w centrum też musi stać, zawsze przedstawiający ją zgarbioną. Albańczycy postawili nawet jej pomnik w Sarajewie, robiąc to ponoć nocą pod katolickim kościołem i bez zezwolenia, czym wywołali krótkotrwałą burzę w mieście. Głównie dlatego, że pomnik jest koszmarny. Tak czy siak stoi do dziś.

P1050934

P1060200a P1060023 P1050869 P1050885

Albańczycy generalnie żyją w biedzie. W Szkodrze widzieliśmy jedyne dotąd w Europie slumsy. Maleńkie, zbudowane z byle czego jeden na drugim domki, częściowo rozpadające się, przytulone są do wzgórza po drugiej stronie rzeki. Tu nie było Mercedesów, ani żadnych aut, tylko riksze. Nieopatrznie przeszliśmy przez sam środek dwukrotnie. Za pierwszym razem okolica była opustoszała z powodu upału. Tylko jakiś facet machał do nas przyjaźnie z okna swojego krytego blachą minidomku i wołał coś po albańsku. Wracaliśmy tą samą drogą wieczorem, kiedy slumsy ożyły. Masa młodzików okupowała ulicę, patrząc na nas, co najmniej dziwnie. Byliśmy dla nich zupełnie obcy, czuliśmy, że przykuwamy uwagę. Dziwne uczucie. Pozostała część miasta wygląda już nieco lepiej, ale bieda wszędzie wychodzi na wierzch. Kogo nie stać na samochód ten jeździ rikszą albo zdezelowanym rowerem. Drogi to jeden wielki ciąg dziur, chociaż miejscowi zapewniają, że i tak postęp jest ogromny. Każdy odradzał nam podróżowanie koleją. Pociągi mają toczyć się z prędkością 30 km na godzinę, a szyba w oknie wagonu to ponoć rzadkość. Kusiło nas spróbowanie, ale nie chciało nam się wstać na jedyny w ciągu dnia pociąg do Durres, odjeżdżający tuż po piątej rano. W mieście próbuje coś się odnawiać, coś naprawiać, ale czasem efekt jest komiczny. Jak w przypadku głównego deptaku, przy którym odnowiono starannie fasadę starej kamienicy, nie bacząc, że poza przednią ścianą, budynku już w zasadzie nie ma, a za nowiutkimi oknami rosną wewnątrz drzewa i widać przez nie niebo. Większość nowych budynków to hotele lub banki. Nowe są też duży kościół, cerkiew i meczet, stojące bardzo blisko siebie. Albańczycy ogólnie narzekają na swój kraj, zwłaszcza na zarobki. Nektar twierdził, że współprowadzony przez niego pub daje mu jakieś 300 euro dochodu miesięcznie. Jednocześnie pracuje jako architekt w urzędzie miasta, gdzie zarabia tyle samo. Narzekał, że to wystarcza na przeżycie, ale na kupno mieszkania czy domu to nigdy nie odłoży. W Szkodrze ceny nie są dużo niższe niż w innych bałkańskich krajach, może poza owocami i warzywami, które rolnicy sprzedają na ulicach niemal za darmo. Miejscowi śmieją się, że jedynym poważnie produkowanym towarem w kraju jest piwo Tirana. Piliśmy, równie podłe jak wszędzie na Bałkanach. Ten region świata chyba jeszcze nie dostrzegł, że można robić coś więcej niż rozwodnione sikacze. Pierwsza z brzegu kupiona przez nas konserwa okazała się polskiej produkcji. Polskich towarów spożywczych jest sporo w sklepach, zdarzyło się nam ze zdziwieniem zjeść polski serek topiony czy wypić polski sok. W ogóle towary są pochodzenia ogólnoświatowego, tylko z Albanii prawie nic faktycznie nie ma.

W tutejszej gospodarce zaczyna się jednak dziać coś nowego, co pokazuje, że w Albańczykach drzemie nieodkryty jeszcze zmysł przedsiębiorczości. W Szkodrze oddolnie próbuje się stworzyć rynek usług turystycznych. Do tej pory w tej materii działał jedynie zamek na wzgórzu przy mieście. Średniowieczna twierdza Rozafa jest faktycznie ciekawym miejscem, miło się poszwendać po starych zamkowych murach. Zwłaszcza widoki, jakie się z niej roztaczają są rewelacyjne. Wokół widać nie tylko całe miasto, ale także otaczające je góry, meandrujące szeroko dwie rzeki i nieodległe jezioro Szkoderskie, największe na Bałkanach, w którym malowniczo kąpią się krowy i gdzie miejscowi jeżdżą zjeść świeżą rybkę czy dziką kaczkę. Są też nieodległe plaże nad Adriatykiem, okupowane masowo przez miastowych uciekających przed upałem. Ale te miejsca, choć piękne, to za mało, żeby przyciągnąć większą ilość ludzi z zagranicy.

P1050938 P1050944a P1050953 P1050960 P1050972 P1050977 P1060001 P1060003 P1060019 P1060020a P1060021a P1060025 P1060030 P1060035 P1060038

Kolega Silver opowiedział nam, że starają się zagospodarować jako atrakcję turystyczną leżące nieopodal w górach jezioro Komani. Że chcą, żeby stało się największą atrakcją kraju, nawiązującą do norweskich fiordów. Plan ambitny, ale może się udać, patrząc na urodę miejsca. Jezioro jest efektem powstania za komunizmu wspomnianej już zapory i zalania długiej górskiej doliny. Ciągnie się na kilkadziesiąt kilometrów wśród gór, których skalne zbocza wyrastają wprost z wody. Po jeziorze kursują łodzie i promy, zaopatrujące odcięte od świata wsie leżące niegdyś w dolinie, a obecnie przeniesione wyżej w góry. Kilka lat temu, jakiś turysta z zachodu się tam zapędził i opisał gdzieś w internecie rejs promem jako niesamowitą przygodę. Miejscowi zauważyli, że zaczęli pojawiać się kolejni turyści szukający alternatywy dla popularnych miejsc. I od zera na dziko organizują obsługę tego coraz większego ruchu. Skusiliśmy się na taką wycieczkę i w ten sposób odkryliśmy nie tylko bardzo piękną okolicę, ale także jak w praktyce funkcjonuje dziki kapitalizm. Obserwowanie tego rodzącego się kapitalizmu przedsiębiorczych Albańczyków było równie interesujące, co sama kilkugodzinna przeprawa.

Silver powiedział, że dotarcie do samego jeziora jest proste, o szóstej rano jedzie dość tani autobus do samej przystani promowej. Autobus miał się zatrzymywać pod samym hostelem. Było jednak trochę inaczej. O szóstej zajechał pod hostel samochód, który wiedział już dokładnie, że ma zabrać nas i jeszcze jedną parę bodaj z Danii. Silver zwyczajnie ściemnił nam o autobusie i zadzwonił po znajomego z dużym samochodem. Pan kierowca najpierw zabrał nas wszystkich i siebie na kawę. Tam czekał już chłopak z promu, który również wiedział już o nas i dał nam bilety. Nie było się co spieszyć, prom dopiero o dziewiątej. Zajechaliśmy jeszcze pod drugi w mieście hostel, gdzie przyłączyła się kolejna zdziwiona parka, tym razem z Francji, również czekająca na autobus. Droga w góry jest długa i dziurawa, ruchu na niej praktycznie nie ma, widoki za to są kapitalne, co wykorzystaliśmy na liczne postoje „na fajkę i zdjęcia”. Nasz kierowca po drodze zadzwonił na przystań, więc gdy dotarliśmy na miejsce po minięciu wydrążonego kilofami i dynamitem tunelu w skałach, już czekali na nas kolejni ludzie z promu. Przystań jest maleńka, tuż przy zaporze. Cumowały tam dwa małe promy i kilka małych łódek. Nowością świeci kawiarenka. Obok czekała też koza przywiązana wśród sterty śmieci. Turystów była nasza szóstka, pojawili się jeszcze jacyś zmotoryzowani. Obserwowanie jak jacyś Niemcy próbują zaparkować na maleńki prom swoje długie Audi dostarczyło nam rozrywki na jakieś pół godziny. W międzyczasie miejscowi ładowali wszelkiego rodzaju towary na okoliczne łodzie, które są jedyną drogą zaopatrzenia odciętych domostw. Tak dowiedzieliśmy się, że towarem pierwszej potrzeby są napoje gazowane, zwłaszcza typu Cola, których załadowano kilkanaście zgrzewek, oraz o dziwo arbuzy, pakowane w jutowe worki. Druga mała łódka była wypełniona pustakami. Koza też się gdzieś zmieściła, razem z lokalnymi mieszkańcami i naszą garstką turystów. Grubo po dziewiątej nasz prom ruszył na jezioro. Po jakichś kilkuset metrach zawrócił do portu, chłopaki dostały bowiem telefon z przystani, że przyjechały jeszcze dwa samochody. Jedno auto to jakieś 20 euro, więc warto się było cofnąć, przeorganizować wszystkie pięć aut na pokładzie i wypłynąć z powrotem kolejne pół godziny później. Już na jeziorze jeden Albańczyk wypytał, gdzie kto jedzie, po czym wykonał kilka telefonów. Na końcowej przystani, cztery godziny później już czekało dokładnie tyle samochodów ile było potrzeba i jadących dokładnie tam gdzie kto mówił, że się wybiera. Ceny w zasadzie groszowe, nie było więc co się spierać, autobusów ani szans na złapanie stopa na tym górskim odludziu nie było i tak. Tym sposobem dotarliśmy do miasteczka Bajram Curri.

Samo jezioro jest fascynujące. Wysokie góry wyrastają po jego obu stronach, czasami ledwie kilkanaście metrów od burty łodzi. Na brzegach rozsiane są pojedyncze domy, których miejscowi czekają na łodzie z towarami w towarzystwie osiołków, mułów i koni, na których grzbietach miejskie dobra później wiozą w góry. Nie ma dróg, jedyną łączność ze światem zapewniają łodzie i anteny satelitarne jak ktoś zorganizował sobie prąd. Jeśli komuś się wydaje, że Bieszczady są na końcu świata niech pomyśli o ludziach mieszkających w górach nad brzegami jeziora Komani w Albanii, dla których wyprawa do sklepu to już poważne przedsięwzięcie logistyczne.

P1060041 P1060131 P1060105 P1060098 P1060095 P1060079 P1060064 P1060061 P1060049 P1060048 P1060045 P1060170a P1060148 P1060180 P1060191 P1060199 P1060193

Północny skraj Albanii to już zupełnie inny świat niż światowa niemal Szkodra. Świat otoczony niemal całkowicie przez góry i granicę z dawną Jugosławią. Ponoć jeszcze kilka lat temu nikt się tam nie zapuszczał, a regionem rządziły lokalne mafie oparte o wciąż żywy system klanowy. Ostatnio zbudowano tam jakąś większą drogę i rząd Albanii chwilowo odzyskał kontrolę nad miasteczkiem i okolicą. Czuliśmy się zupełnie obco, miejscowi oglądali nas jak zwierzątka w zoo i otwarcie nas obgadywali patrząc wprost na nas. Absolutnie nikt nie mówił słowa w żadnym znanym nam choć minimalnie języku, co uniemożliwiło choćby śladowe porozumienie. Niewielkie miasteczko nie wyglądało przychylnie. Jakieś bloki, zarośnięty krzakami stary plac zabaw, boisko do kosza bez koszy, rdzewiejące komunistyczne slogany. Wrażenie potęgował stojący obok spory pomnik groźnie wyglądającego watażki, który patrzył na nas srogim wzrokiem i pokazywał ręką kierunek, jakby mówiąc, że mamy się tam wynosić. Kierowca, który nas tam zawiózł znad jeziora pokazał nam prywatny busik bez tabliczki, który jechał do sąsiedniego kraiku. Nie zastanawialiśmy się długo. Albania mocno nas zaciekawiła, zaskoczyła pięknem krajobrazów, ale jej pozostałą część przyjdzie nam poznać kiedy indziej. Teraz czuliśmy potrzebę wyniesienia się z niej czym prędzej. Ale wrócimy Albanio, gwarantuje.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Inna Europa – w północnej Albanii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s