Tam gdzie „marzną” Brazylijczycy – Kurytyba

Myśląc o Brazylii przed oczami pojawia się wiele obrazków, zwykle są na nich plaże, dżungla, tukany itd. Ale czy kiedykolwiek ktoś z was wyobrażając sobie ten kraj pomyślał, że istnieje tam region, w którym mieszkańcy narzekają na zimno? Że gdzieś tam w tym wielkim, gorącym kraju ludzie kupują ciepłe kurtki, narzekają na brak słońca i ciągły deszcz? Też się tego nie spodziewaliśmy, ale Brazylia znów zaskoczyła, znów pokazała jak jest różnorodna. I przypomniała znaczenie słowa „stosunkowo”.

P1140527

Przyjechaliśmy do Kurytyby o świcie, po raz kolejny korzystając z uroków brazylijskich nocnych autobusów, które mają to do siebie, że siedzenia rozkładają się niemal poziomo i można dość wygodnie się przespać. To wręcz luksusowy sposób podróżowania, choć bilety zawsze kupowaliśmy najtańsze z możliwych. Nie wiem, co jest w autobusach najdroższej z trzech istniejących klas, pewnie normalne łóżka z pościelą. Ledwo obudzeni wygramoliliśmy się z autobusu, odebraliśmy plecaki i nagle przyszło oprzytomnienie. Pada. Ok, to nic nowego, tu czasem pada. Ale też zimno. Zastanowiliśmy się, czy to aby na pewno jeszcze Brazylia, czy czasem nasz autobus w magiczny sposób nie przeniósł nas do odległej Patagonii. Ale nie, zagadnięty człowiek upewnił nas śpiewnym portugalskim, że to już „Kuricziba”. Czyli to możliwe. Może być zimno w Brazylii. I tu wpada słowo klucz – stosunkowo. Było jakieś 15 stopni. O piątej rano, w wiosenny poranek i przy padającym deszczu. Taka pogoda w Szkocji zachęcała by do spaceru, tu przyprawiała nas o dreszcze. Mieliśmy oczywiście luźne ubrania, w sam raz na tropikalne upały z poprzednich dni, a i nasza psychika odwykła już od „europejskich” temperatur. No bo kto by się spodziewał?

Wszyscy spotkani miejscowi narzekali na pogodę. Ponoć w Kurytybie pada ciągle. Faktycznie, padało każdego dnia naszego pobytu, ale tylko przelotne, irytujące deszcze. Arturo, który nas do siebie zaprosił twierdził, że pada tam częściej niż w Londynie. Że mieszkał w Irlandii i tam też mniej pada. Druga sprawa to zimno. Kurytyba jak na Brazylię leży wysoko, na ponad 1000 metrów n.p.m. W efekcie klimat jest tu bardziej łagodny, latem jest zwykle około 25 stopni. Dla nas idealnie, ale dla miejscowych to tragedia, reszta kraju praży się w tropikalnym słońcu, a akurat oni nie. A też by chcieli mieć +40 latem. I wreszcie trzeci powód do narzekań, wisienka na torcie w ich smętnych opowieściach o pogodzie. Oni wiedzą jak wygląda śnieg. Ostatni padał dwa i pół roku temu. Poprzedni, 40 lat wcześniej. I mróz, który pojawia się każdej zimy. Śmialiśmy się z nich, dopóki nie uświadomili nam jednej rzeczy. W Kurytybie, oficjalnie najzimniejszej stolicy stanowej w Brazylii, w mieszkaniach nie ma grzejników. Żadnych. I nie ma sensu ich kupować, bo mrozu jest góra kilka tygodni w roku. I jak tu się dziwić, że całe miasto jakieś  takie przygaszone, że ludzie mniej się uśmiechają, mniej mówią, mniej żywiołowo reagują?

Arturo z bratem Rudolfem i stadem znajomych dziwili się, co my właściwie w Kurytybie robimy. Bo to nie jest turystyczne miejsce, daleko od oceanu, atrakcji i słońca. Nie ma wiele do oglądania ani do robienia. Jasne, goście ze świata się zdarzają, ale zwykle w interesach albo żeby wsiąść do największej atrakcji okolicy – pociągu nad ocean. A my? Tyle plaż w Brazylii, a my siedzimy kilka dni w Kurytybie? Wariaci? I w zasadzie mają rację, w mieście nie ma wiele standardowych atrakcji, ale paradoksalnie to samo miasto było dla nas atrakcją. Jest bowiem zupełnie inne niż wszystko inne w Brazylii.

Symbolem miasta jest drzewo o specyficznym kształcie iglastego parasola, spokrewniona z sosną araukaria. Drzewo to rośnie w całym mieście i całym stanie Parana. Sama nazwa Kurytyba pochodzi z języka lokalnych Indian, w którym oznacza miejsce, gdzie rośnie mnóstwo sosen. Coś jest na rzeczy. Araukaria jest w miejskim herbie, na fladze stanu, a także jako motyw graficzny w całym mieście, od mozaik z kostki brukowej po graffiti. A nam było miło po raz pierwszy zobaczyć drzewko iglaste w Brazylii, zwłaszcza rosnące czasem razem z palmami.

P1140507 P1140519

P1140355

Kurytyba jest miastem młodym i od początku zaplanowanym. Ulice ułożono w siatkę wszędzie, gdzie tylko geografia pozwoliła. Większość jest jednokierunkowa. Równoległe do siebie biegną na zmianę w przeciwnych kierunkach. Na zmianę też rozplanowano przeznaczenie budynków. Jeśli przy jednej ulicy są mieszkania, to przy równoległej będą biura i wszelkiej maści biznesy. A przy następnej znów mieszkania. Gdy idziecie ulicą i od kilkuset metrów nie było gdzie się napić kawy, to idźcie na równoległą, tam kawiarnie będą co kawałek. Zaplanowano też istnienie parków, których faktycznie jest dużo, z rozległym ogrodem botanicznym na czele. Część z nich to zwykła dżungla z alejkami, część to dzieła ogrodników ze skłonnościami do planowania przestrzennego. Parki najczęściej noszą nazwy narodowości współtworzących Kurytybę na początku jej istnienia. I tak jest park niemiecki, ukraiński czy polski. W każdym z parków jest mały skansen poświęcony danej nacji, byliśmy w polskim, ale o tym napiszemy w następnym poście. Miasto obnosi się mianem najzieleńszego w kraju i najbardziej ekologicznego. To ostatnie też za sprawą komunikacji miejskiej, która jest największym powodem do dumy miejscowych. Właśnie tutaj w latach 70tych wdrożono ideę sieci szybkich autobusów miejskich, który to pomysł teraz próbuje kopiować Rio. W Kurytybie autobusem da się szybko i łatwo dojechać praktycznie wszędzie. Cała sieć jest regularnie modernizowana. Przystanki to futurystyczne szklane cygara, z których wchodzi się do autobusu po automatycznie opuszczanych „mostkach”. Metra nie ma, choć ponoć jest w planach. Jest za to kolej, co bardzo rzadkie w Ameryce Południowej. Jedyna wciąż czynna linia z Kurytyby prowadzi przez góry nad odległy o kilkadziesiąt kilometrów Atlantyk. Trasa ponoć piękna, pełna wiaduktów i tuneli. Ale obecnie miejscowi już z niej nie korzystają. Sława przyciągnęła turystów, głównie tych z Ameryki Północnej, którzy chętnie wydadzą nawet spore pieniądze za krótką podróż, to i ceny biletów mocno wzrosły, a pociąg przerobiono na czysto turystyczny luksusowy przejazd.

P1140534 P1140537 P1140545 P1140407 P1140475 P1140512 P1140353

Jak się domyślacie, poza parkami i autobusami w Kurytybie jest mnóstwo budynków. Zwykle wysokich betonowych bloków. Prócz starego centrum z dość standardową katedrą, kilkoma gmachami w stylu postkolonialnym i typowo europejskim deptakiem, w mieście dominuje modernizm. Brazylijczycy kochają ten nurt. Arturo okazał się być architektem-pasjonatem, współprowadzącym własne studio. Pokazując nam miasto przybliżył nam co ciekawsze trendy modernistycznej architektury na przykładach. I w ten sposób, otworzył przed nami nowy, nie znany wcześniej świat, w którym niepozorny blok przestał być blokiem, a nabrał kontekstu i stał się dziełem sztuki. Miasto wydało na świat kilku znakomitych architektów, jeden z nich na tyle inspiruje Arturo, że nazwał jego imieniem swojego morderczego i przesłodkiego kota – Rubensa. Kilku miesięczny Rubens polował na nas przez cały nasz pobyt, z radością wbijając malutkie jeszcze szpony w Aśkowe łokcie i moje stopy. Ale bodaj najsłynniejszym brazylijskim architektem jest Oscar Niemayer, twórca wszystkich gmachów publicznych w zbudowanej od zera stolicy kraju. Wprawdzie nie urodził się tutaj, ale Kurytyba zawdzięcza mu istnienie muzeum sztuki współczesnej, nazwanego zresztą jego imieniem. Niemayer przez całe swoje ponad stu letnie życie ubóstwiał kobiety. Inspirował się kształtami kobiecego ciała, powtarzał, że proste linie i kąty są nudne. I przenosił tą fascynację na swoje budowle. Takie też jest jego muzeum, zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz, pełne łagodnych łuków i fal. Sztuka współczesna to nie jest moja bajka, jedyne co o niej wiem pochodzi z rozmów z Anią, zaprzyjaźnioną krakowską malarką. Dlatego większość umieszczonych w środku dzieł i instalacji została kompletnie niezrozumiała, a przez to średnio ciekawa. Oprócz jednej wystawy poświęconej światłu i ciemności. To niesamowite, jak genialne efekty można uzyskać dzięki banalnej z pozoru zabawie ze światłem. Więc jeśli ktoś z was interesuje się architekturą, bądź sztuką jako taką, Kurytyba jest zdecydowanie warta odwiedzenia.

P1140502 P1140329 P1140336 P1140343 P1140354 P1140360 P1140362 P1140365 P1140372 P1140376 P1140384 P1140389 P1140398 P1140599

P1140491

Miasto pozytywnie zaskoczyło nas w jednej kwestii. Jak na standardy Brazylii jest czyste. Na ulicach nie ma ton śmieci jak w wielu częściach Rio, zapach też jest znacznie lepszy. I co ciekawe, nie ma tu tak głębokiego kontrastu społecznego. O ile w dwóch poprzednich metropoliach ilość bezdomnych i skrajnie ubogich przytłacza, o tyle w Kurytybie prawie ich nie widać. Jasne, zdarzają się pojedynczy ludzie śpiący na ulicach. Ale trudno się spodziewać, żeby w mieście wielkości Warszawy nie było ich wcale. Jednak tutaj, są to jednostki, nie całe dzielnice pogrążone w beznadziei i biedzie. Obeszliśmy Kurytybę wzdłuż i wszerz, i nigdzie nie natknęliśmy się na nic co choćby zapowiadało istnienie faweli. Nie wiem z czego to wynika, ale dobrze czuliśmy się z myślą, że nie każde duże miasto Brazylii krzyczy o sprawiedliwość społeczną. Nawet miejscowi to zauważają, Arturo i Rudolf podkreślali kilkukrotnie, że Kurytyba chociaż nie jest tak piękna czy spektakularna jak Rio, i chociaż zimno, to żyje się w niej znacznie lepiej, chyba każdej grupie społecznej. Może poza najwyższą, która nie jest tak obrzydliwie bogata jak ich koledzy z Sao Paulo. I to się naprawdę da odczuć w atmosferze miasta, która przypominała nam naszą Europę. W Kurytybie jest znacznie bezpieczniej, na ulicach praktycznie nie widać broni palnej, policja nie trzyma ciągle w rękach karabinów maszynowych gotowych do strzału, jest mniej naganiaczy, żebraków, handlarzy wszystkim, prostytutek i typów patrzących spode łba na przechodniów. Zwyczajnie jest tam swojsko, pomijając Indian oraz rosnące tu i ówdzie palmy. I w końcu, coś co jeszcze bardziej sprawiło, że czuliśmy się tam dobrze. Jest to mała Polska, o czym jednak napiszę następnym razem.

Michał

P1140494

P1140604 P1140600 P1140562 P1140552 P1140504 P1140500 P1140495 P1140485 P1140320 P1140308

Reklamy

5 uwag do wpisu “Tam gdzie „marzną” Brazylijczycy – Kurytyba

  1. Czyli tak by to wyglądało, a w każdym razie ja tak to widzę: Rio de Janeiro – żywioł, Sao Paulo – smutek, Kurytyba – elegancja. Ponieważ sam jestem już skansenowaty… To czekam na kolejny Wasz wpis… Pozdrawiam!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s