Polacy w Paranie, czyli o zapomnianej brazylijskiej Polonii.

Będąc w Kurytybie, mieliśmy okazje odrobinę poznać życie tamtejszych Polaków. Od jednego z nich usłyszałem, że nikt o nich nie pamięta, ojczyzna dawno zapomniała. Że ostatnio mignęli w polskich mediach ponad dwadzieścia lat temu, gdy zajrzał do nich prezydent Wałęsa. Pomyślałem wtedy, że warto o nich przypomnieć i w zamian za czas nam poświęcony przekazać ich opowieści rodakom. Ku przypomnieniu, że Polacy żyją nie tylko nad Wisłą, ale i tam daleko, w dorzeczu górnej Parany.

Patrząc na polonijną mapę świata widzimy kilka wyróżniających się punktów. Chyba najsłynniejsze jest Chicago w Stanach Zjednoczonych, swego czasu nazywane drugim po Warszawie największym polskim miastem. Najnowsza fala emigracji stworzyła wielkie i prężne polskie społeczności w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemczech, Holandii czy Norwegii. Tam radzimy sobie na tyle dobrze, że miejscowi poczuli się wręcz zagrożeni naszą zaradnością i pracowitością. Nie brakuje nas także w Nowym Jorku, francuskim Lille czy Kanadzie. W tureckim Polonozkoy wciąż tradycyjnie wójtem zostaje Polak, a w rumuńskich górach wciąż po polsku mówią potomkowie naszych górników. Ślady naszej obecności wciąż można znaleźć w Bośni, choć nas samych już tam prawie nie ma. Daleko w Australii Polacy niezmiennie współtworzą Adelajdę, a Buenos Aires wciąż pamięta o Gombrowiczu i jego rodakach. I na koniec tej wyliczanki wreszcie oni, Polacy w brazylijskiej Paranie, w Kurytybie i okolicach. Chyba najbardziej zapomniana ale wciąż istniejąca Polonia brazylijska. Grupa unikatowa, bowiem jako jedyna ze światowych Polonii nie mówi już po polsku.

Polacy docierali do Brazylii już w czasach kolonialnych, były to jednak przypadki pojedyncze. Pierwszy był prawdopodobnie jezuita Wojciech Męciński, który trafił tam przypadkowo, gdy jego płynący do Indii statek zniósł sztorm. Z tamtego czasu najsłynniejszy jest przypadek Krzysztofa Arciszewskiego, który jako generał artylerii brał udział w holenderskiej próbie podboju Brazylii. Arciszewski był też pasjonatem etnografii, jego opisy plemion indiańskich z Pernambuco zdobyły spory rozgłos w Holandii. Na większy napływ Polaków, Brazylia czekała jednak aż do XIX wieku. Niepodległy już wówczas kraj początkowo przyciągał pojedynczych polskich specjalistów, głównie inżynierów i nauczycieli. Z czasem wśród nich pojawili się osadnicy, początkowo przybywając razem z niemieckimi imigrantami z zaboru pruskiego i Galicji. Osiedlali się tam gdzie kierowano Niemców, wówczas głównie do stanów Santa Catarina, Rio Grande do Sul i Espirito Santo. Samodzielne polskie grupy pojawiły się w latach 70tych. Przebywający już na miejscu polscy intelektualiści zaangażowali się w organizowanie życia nowo przybyłych. Wyróżniał się tu Edmund Woś Saporski, geodeta pracujący przy budowie kolei, nazywany „ojcem polskiej kolonizacji w Paranie”. Wspierał on polskie osadnictwo, organizując przesiedlenia polskich rodzin rozsianych po kraju w okolicę Kurytyby. Stan Parana, w którym warunki klimatyczne są zbliżone do polskich był dużo bardziej przyjazny naszym imigrantom niż inne, zwłaszcza tropikalne regiony. Jednocześnie osiedlając ich w jednym regionie, łatwiej było udzielać im wsparcia. W ciągu pierwszych 20 lat, przybyło ze wszystkich zaborów i śląska kilkanaście tysięcy Polaków, głównie chłopów i rzemieślników, a wokół Kurytyby powstał pierścień polskich osad. Na początku lat 90tych XIX stulecia w Polsce wybuchła „gorączka brazylijska”. W jej wyniku przybyło do Brazylii blisko 100 tysięcy osadników, głównie z Mazowsza i Galicji. Po rewolucji 1905 roku zaczęli pojawiać się uciekinierzy polityczni, wśród nich „elity” społeczne uciekające przed carskimi represjami. Po odzyskaniu niepodległości emigracja nieznacznie tylko zmalała, z Polski wyjechało kolejne kilkadziesiąt tysięcy osób. W latach 20stych szacowano liczbę Polaków w Paranie i okolicach na około 200 tysięcy osób, nie licząc do tego urodzonych już na miejscu. Ostatnia fala nastąpiła po zakończeniu drugiej wojny światowej, wówczas w Brazylii osiedlono kilkanaście tysięcy polskich „dipisów” (displaced person), głównie byłych robotników przymusowych wywiezionych do Niemiec i jeńców obozów koncentracyjnych.

Rząd Brazylii będącej jeszcze monarchią, aktywnie wspierał imigrację z Europy. Południowa część kraju była jeszcze bardzo słabo zaludniona, a w wyniku zakazu sprowadzania czarnych niewolników z Afryki nie było kogo tam umieszczać. Brakowało też taniej siły roboczej do pracy na plantacjach kawy, jednego z głównych wówczas towarów eksportowych. Stąd pomysł sprowadzenia osadników z Europy. Rząd płacił agencjom imigracyjnym, których przedstawiciele krążyli po Europie rozsiewając wizje rajskich plaż, całorocznego słońca, mnóstwa owoców i łatwego bogactwa. Agenci mieli płacone od osadnika, więc starali się przyciągnąć jak najwięcej migrantów. Początkowo rząd opłacał także podróż statkiem i darował przybywającym ziemię o areałach o jakich przeciętny polski chłop mógł tylko pomarzyć. W niespokojnej i ubogiej, będącej pod wiekową okupacją Polsce brzmiało to jak obietnica raju na ziemi. Rzeczywistość była jednak inna. Imigranci udawali się koleją do Genui i Hamburga, portów z których pływało się do Ameryki Południowej. W obu tych miastach było ich tysiące, czekających na swój statek bądź na agenta, który im go dopiero załatwi. Warunki podróży morskiej nie były łatwe. Rejs trwał około miesiąca, powszechna była choroba morska. „Spali stłoczeni jeden na drugim, pod pokładem, gdzie sufit znajdował się zalewie kilka centymetrów od ich głów i cyrkulacja powietrza była bardzo utrudniona. Widok ten przypominał opisy statków niewolniczych. Po kilku dniach woda, którą dostawali do picia, zaczęła cuchnąć i jedzenie było jednakowo odpychające i niebezpieczne.” Nie wszyscy przeżywali taką podróż, wyczerpani ciągłymi wymiotami, biegunką, odwodnieni. Na miejscu też nie było obiecanego raju. Przez wiele lat, imigrantów umieszczano najpierw w ośrodku przejściowym, gdzie mieli przejść kwarantanne, mającą zapobiec przyniesieniu m.in. cholery. Jednym z takich ośrodków było więzienie, którego ruiny widzieliśmy na Ilha Grande. Kiedy już w końcu docierali do otrzymanej ziemi, okazywało się, że była ona całkowicie zarośnięta dżunglą, którą trzeba najpierw wykarczować. Przez pierwsze miesiące czy lata mieszkano w prowizorycznych barakach i nie osiągano żadnych zysków z roli. Do tego tropikalne burze, powodzie, epidemie i miejscowa jadowita fauna dziesiątkowały emigrantów.

W miarę napływu imigrantów, dochodziło do zaostrzenia konfliktu z Brazylijczykami i miejscową władzą. Sytuacja stała się szczególnie zła po rewolucji federalistycznej z 1893 roku, walczącej z prezydentem Floriano Peixoto, który w dyktatorski sposób rządził świeżo proklamowaną republiką. Po stronie rewolucjonistów stanęło wielu Polaków z Antonim Bodziakiem na czele. Zorganizował on ponad dwustu osobowy polski oddział kawalerii, który nawiązując do naszych najlepszych tradycji toczył brutalną wojnę podjazdową z armią rządową, aż do samego końca rewolucji nie dając się rozbić. Polacy walcząc w tradycyjnych krakowskich strojach dali się mocno we znaki przeciwnikom, specjalizując się w zasadzkach i rajdach na odosobnione pozycje. Rewolucja upadła, jednak sam Bodziak dogadał się z nowym prezydentem i otrzymał nawet tytuł oficerski, jego żołnierze także nie ponieśli żadnych reperkusji. Pośrednio jednak, ich postawa źle przysłużyła się Polakom. Pozostała bowiem silna niechęć samych Brazylijczyków, którzy długo nie mogli zapomnieć krwawych zmagań z polską jazdą i w kolejnych latach prowadzili politykę dyskryminującą Polaków. Jednak mimo to nasza społeczność zaczęła coraz lepiej się organizować. Pierwsze towarzystwo polonijne – Towarzystwo Tadeusza Kościuszki powstało już w 1890 roku. Na przełomie wieków na Uniwersytecie Lwowskim powstała koncepcja uczynienia z Parany „polskiego Quebecu” – regionu w obrębie obcego państwa, jednak kulturowo czysto polskiego, mającego być Nową Polską. Wkrótce zaczęto zakładać szkoły powszechne, pod koniec lat 30stych było ich prawie 300. Powstało prawie 500 towarzystw polonijnych, w większości zrzeszonych w Centralnym Związku Polaków. Ukazywało się też 20 tytułów prasowych po polsku. Swoistą stolicą społeczności stała się Kurytyba, w której nie dość, że mieszkało kilkadziesiąt tysięcy Polaków, ale też była ona otoczona rozbudowaną siecią polskich osad. Tutaj także skupiało się większość życia polonijnego. Społeczność rozwijała się na tyle prężnie, że zdołała wysłać 580 ochotników do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w czasie Drugiej Wojny Światowej. Przyjęła także wówczas tymczasowo kilkuset uchodźców z Polski, z Julianem Tuwimem na czele.

Najgorsze czasy przyszły pod koniec lat trzydziestych XX wieku. Wówczas, Brazylią rządził prezydent-dyktator Vargas, darzący imigrantów osobistą niechęcią. Miejscowi Polacy opowiadają, że jego ojciec cudem uszedł z życiem z jednej z zasadzek oddziału Bodziaka. Vargas wprowadził politykę nacjonalistyczną. W 1934 wprowadził ustawę znacznie ograniczającą napływ imigrantów. Najbardziej jednak zaszkodził edyktem z 1939 roku, wymierzonym w mniejszości narodowe, mającym na celu uczynienie z imigrantów Brazylijczyków. Języki inne niż portugalski zostały wykluczone z życia publicznego, zakazano prowadzenia w nich zajęć w szkołach, używania ich w miejscach publicznych, a nawet wygłaszania w nich kazań w kościołach. Większość polskich szkół została zamknięta, co w sytuacji wielu polskich wsi oznaczało zamknięcie jedynej szkoły i na lata odcięcie mieszkańców od jakiejkolwiek edukacji. Zlikwidowano polską prasę i zamknięto większość towarzystw polonijnych. Usuwano wszystkie napisy poza portugalskimi, zmieniano nazwy przedsiębiorstw, usuwano napisy ze sklepów i zakładów pracy. W stanie Santa Catarina skuwano nawet polskie teksty z nagrobków i pomników. Dochodziło do absurdalnych sytuacji jak aresztowanie z przed kościoła dwóch wiekowych babć rozmawiających po polsku po mszy. Próbowano sprzeciwiać się nowemu prawu, co prowadziło do dantejskich scen. W jednej z wsi, dyrektor polskiej szkoły pisemnie odmówił zlikwidowania lekcji polskiego, argumentując że to nie średniowiecze i nikt mu nie może zabronić uczenia języka w szkole. W efekcie został zastrzelony w biały dzień na ulicy przez komendanta lokalnej policji.

Nowe prawo zadziałało po myśli jego twórców. Polacy niemal całkowicie utracili swoją kulturę, tępioną przez dziesięciolecia. Nieco ożywienia wniosło przybycie dipisów po wojnie, jednak osiedli oni w rozproszeniu w miastach, i nie wiele mogli pomóc ginącemu językowi na prowincji. Rozwijana przez ponad pół wieku kultura została zniszczona, Polacy stali się Brazylijczykami, a przyznawanie się do polskości było co najmniej niemodne. I kiedy sytuacja była już beznadziejna, Karol Wojtyła został papieżem. Był to impuls, który spowodował odrodzenie polskiej tożsamości, wróciła duma z przyznawania się do polskiego pochodzenia. Zaczęto ponownie kultywować polskie zwyczaje, odradzały się organizacje kulturalne. W dalszym ciągu jednak dochodziło do absurdalnych sytuacji, w rodzaju wymogu formalnego, aby przed każdym występem polskiej grupy folklorystycznej odśpiewano hymn Brazylii, nawet na zagranicznych występach. W 1980 roku papież odwiedził Kurytybę, owacyjnie witany przez tysiące rodaków, którzy po raz pierwszy od dawna mieli okazję publicznie manifestować swoje pochodzenie. Wprawdzie wizyta papieża nie uratowała znajomości naszego języka, ale uratowała istnienie polskiej tożsamości narodowej. Bycie Polakiem znów było czymś, z czego można było być dumnym.

Podejście brazylijskich władz do mniejszości narodowych zelżało w latach 90tych. Obecnie Polacy i Brazylijczycy polskiego pochodzenia mogą już swobodnie manifestować swoją narodowość. W 1990 w Kurytybie powstał Braspol, federacja zrzeszająca ośrodki polonijne z całego kraju. Powstał park im. Jana Pawła II, zwany też polskim skansenem. Umieszczono tam kilka polskich domów z całego stanu i wiele eksponatów z czasów początków kolonizacji. Urządzono kaplicę z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, postawiono pomnik Kopernika, który upamiętnia też wizytę Wałęsy. Skansen stał się centrum polskości. Co roku odbywa się tam m.in. Święconka, czyli tradycyjne święcenie pokarmów w Wielką Sobotę przed Wielkanocą, które urosło do rangi dużego wydarzenia i wpisało się w kalendarz imprez turystycznych miasta. W parku jest też pomnik papieża polaka, postawiony jeszcze w latach 80tych. I jest to zdecydowanie najbrzydszy „papież” jakiego widzieliśmy. Mi osobiście przypomina hrabiego Drakulę. I kto u licha wymyśli, żeby ręce zrobić ze szkła? Przed polskim skansenem dumnie stoi Kawiarnia Krakowiak z polskimi potrawami. Nasze tradycje kulinarne mają się świetnie, w Kurytybie bez trudu można kupić pierogi czy inne polskie potrawy. Powstał nawet polski browar rzemieślniczy, warzący m.in. porter bałtycki. Wydawane są polskie czasopisma, jednak nieregularnie. Powstają nawet dwujęzyczne książki poświęcone brazylijskim Polakom. Generalnie polskość jest w tym mieście wszędzie, wystarczy krótki spacer, żeby znaleźć polskie nazwiska na szyldach. Polskie pochodzenie przestało być jakąkolwiek przeszkodą, co cieszy. Ostoją polskości jest też Polska Misja Katolicka oraz jedyny obecnie w Ameryce Łacińskiej konsulat RP, które aktywnie działają na rzecz naszych rodaków.

Jedyne co nie przetrwało dziesięcioleci nacjonalistycznej polityki państwa, to język polski. Kilka lat temu udało się otworzyć na lokalnym uniwersytecie jedyną na kontynencie polonistykę, co chociaż jest wielką sprawą dla społeczności, nie ratuje sytuacji. Dziś polskojęzyczne pozostały tylko te wsie, które przez cały dwudziesty wiek były niemal odcięte od świata. Mowa o miejscach w stylu „kilkadziesiąt kilometrów za miastem, drogą przez dżunglę. Gdy droga się skończy jest tablica z napisem „koniec świata”. I potem jeszcze 30 kilometrów przez las.” Tam nie dotarła policja egzekwująca edykt Vargasa, i tam polszczyzna przetrwała. Obecnie takie miejsca pilnie potrzebują nauczycieli języka polskiego, działają tam wprawdzie nieliczni wolontariusze, ale to nie wystarcza. Więc jeśli ktoś z was, uczy języka polskiego a jednocześnie czuję misję i powołanie do ratowania polskości w środku brazylijskiej dżungli, to jest taka możliwość.

Michał

P1140457 P1140451 P1140445 P1140438 P1140431 P1140429 P1140422 P1140417 P1140415 P1140346 P1140299 P1140497 P1140496 P1140478 P1140461 P1140464 P1140474 P1150549

 

Advertisements

6 uwag do wpisu “Polacy w Paranie, czyli o zapomnianej brazylijskiej Polonii.

  1. Muszę się przyznać… Do dziś nie przeczytałem „Pana Balcera w Brazylii.” Czy to dobrze czy źle, nie wiem…
    Zdjęcia wzruszają…. Może z wyjątkiem papieskiego pomnika. Przypomniała mi się stara anegdota. Jan Styka malował był namiętnie obrazy religijne. Pewnego dnia przenosząc wedle swej wyobraźni wizerunek Matki Boskiej na płótno, usłyszał: -Styka, ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze!
    Może autor papieskiego pomnika cierpiał na głuchotę?
    Pooozdrawiam!

    Polubione przez 1 osoba

  2. Cześć,
    Ja jestem antropolożką,która bada tę zapomnianą Polonię. Jak będziecie mieć okazję, wybierzcie się nieco dalej poza Kurytybę (mój teren badań to wsie w gminie Mallet), a przekonacie się, że mówią tam po polsku 🙂 I to na co dzień, w domach, w sklepie. Jest to stary dialekt, czasem nie do końca zrozumiały, zanim się człowiek nie przyzwyczai. I przekazywany tylko w wersji ustnej.
    Powodzenia w drodze!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s