Przez pustkowia Chaco do Asuncion

Kolejny poranek w Paragwaju, Concepcion jakoś nie chce wypuścić nas ze swoich objęć. Głośne szemranie wiatraka przypomina, że czas poznać stolicę Paragwaju. Tylko to wcale nie jest takie łatwe, tutaj każdy przewoźnik ma swoje okienko i każdy nawołuje, to w wersji light. W normalnym przypadku w kilka chwil czujesz się jak zwierzę otoczone przez myśliwych, którzy wydają z siebie różne dziwnie brzmiące dźwięki. Z opresji, na ratunek (?) przybywa młody chłopak mówiący po angielsku, tego nikt się nie spodziewał. Mało tego, u niego można kupić bilety jadące przez Chaco (podobno szybciej docierają do celu), a do tego umila oczekiwanie odpowiadając o Bośni i Serbii, bo ten Paragwajczyk spędził w Belgradzie rok na wymianie studenckiej. Usłyszeć serbski w sercu Ameryki Południowej? Bezcenne!

Co to jest Chaco? Zachodnia część kraju, największa i najsłabiej zaludniona. To wielkie, bagniste pustkowie, gdzie prędzej spotkasz się oko w oko z anakonda niż z człowiekiem, oczywiście, jeśli zbytnio oddalisz się od tego, co tu nazywają drogą. Tutaj to taka linia, którą wyraźnie widać na mapie, oznaczona nawet kreską zarezerwowaną dla asfaltu. Miejscami to się nawet zgadza. Co kilkanaście kilometrów pojawiają się jakieś osady, kilka domów złożonych z przypadkowych kawałków. W ich wypadku ściany nie były chyba tak ważne jak dach, pod którym można się schronić przed ulewnym deszczem. Bardzo ulewnym i bardzo upartym. Przy większości z tych budowli stoją półokrągłe, gliniane piece, które zdecydowanie uruchamiają wyobraźnię i przenoszą do zdjęć w szkolnych podręcznikach. Prowizoryczne płoty chronią wychudłe kozy i krowy przed całym zewnętrzem. Chaco, płasko po horyzont, który czasami przesłaniany jest przez wszelką, bujnie rosnącą zieloność. Woda stoi praktycznie wszędzie, a w niej pewnie czyha wiele interesujących stworzeń, z którymi lepiej się nie spotkać.

P1150976 P1150994 P1160009 P1160030 P1160033

Asuncion, czyli stolica Paragwaju, miasto, które powinno być reprezentacyjne, ale nie jest. Dworzec autobusowy znajduje się kilka miłych kilometrów od centrum. Wokół unosi się dziwna mieszanka zapachowa, coś jakby palona guma wymieszana z gotującymi się śmieciami, które leżą wszędzie włączając w to szczątkową ilość chodników. Mieszanka gazowa lekko się zmienia i oto przechodzisz przez zamykający się wraz z zachodem słońca bazar ze wszystkim. Wielki plecak zwraca na siebie uwagę, a głowa ponownie się zastanawia czy poprowadziła stopy we właściwym kierunku. Dreszcz przebiegający po karku grzecznie informuje o pewnej zmianie – tutaj mało kto się uśmiecha.

Pierwsze wrażenie może być mylące, każde miejsce zasługuje na drugą szanse. I tak Asuncion zaskakuje w środku sjesty jak opustoszałe podczas jakiejś apokalipsy miasto. Mijasz puste ulice, dostrzec można garstkę ludzi ukrywających się skutecznie przed promieniami słońca w każdym możliwym miejscu. Tylko policjanci dumnie stoją na swoich licznych posterunkach chroniąc rządowe budynki. Wzrok bezradnie poszukuje czegoś ładnego, a zamiast tego trafia na główny plac, który kiedyś mógł być ładny. Obecnie zagarniany jest przez rozrastającą się fawele i stał się już „domem” dla kilku rodzin. Niedaleko przebiega dwójka małych dzieci. Dziewczynka staje i siada na ziemi, a większy chłopiec bez zawahania kopie ją po plecach. Płacz staje się głośniejszy i z wolna się oddala.

Pomnik w towarzystwie dwóch armat na małym pagórku woła do siebie, a po zrobieniu kilku kroków w stronę rzeki, rozlega się gwizd policyjnego gwizdka. O co może chodzić? Poważny pan w mundurze macha i przywołuje, po czym żarliwie coś tłumaczy. Bo fawela, bo niebezpiecznie, bo gringo łatwo okraść. Fawela rośnie pod oknami parlamentu.

W końcu jest, ładny budynek, który okazuje się Pałacem Prezydenckim. Na długich masztach dumnie powiewają flagi, a obok stoi wielka bożonarodzeniowa szopka. Na trawniku trwa sesja zdjęciowa kobiety w zaawansowanej ciąży. Patrząc na to, wchodzisz na miękka i zieloną trawę. Po raz drugi powietrze rozdziera przeraźliwy gwizd. Pod pałacem stoi dwóch żołnierzy i jeden bardzo groźnie macha palcem, drugi za to karabinem. Widocznie nie każdy śmiertelnik może stąpać po trawie. W każdym razie lepiej, że to gwizdek, a nie seria z karabinu.

Asuncion niewiele oferuje przyjezdnym, jednak warto spędzić tu chociaż jeden dzień. W centrum znajduje się kilka parko-placy, na których życie jakby trochę przyspiesza. Wraz z końcem sjesty ludzie materializują się na ulicach, krocząc tylko w sobie znanym kierunku. Knajpki zapełniają się miejscowymi, którzy przeżuwając swój posiłek ze zdziwieniem obserwują egzotycznych przechodniów. Panuje tu zupełnie inna atmosfera niż w pozostałych paragwajskich miastach, niekoniecznie wielkomiejska. Dziwne połączenie indiańskich twarzy, z próbą zbudowania wielkiego miasta i życia w nim jak na wsi.

Aśka

P1160093 P1160102 P1160103 P1160105 P1160107 P1160115 P1160124 P1160125 P1160168 P1160155 P1160143 P1160140 P1160135 P1160201 P1160190 P1160189 P1160186 P1160171 P1160221 P1160217 P1160207 P1160206 P1160204

Advertisements

3 uwagi do wpisu “Przez pustkowia Chaco do Asuncion

  1. O mój brat nie zdążył jeszcze komentować. No to miasto nie nastraja pozytywnie. Bardziej te stepy, piękne góry krajobrazy. Pozdrawiam

    Lubię to

  2. Jak zwykle przypadkowo, trafiłem na stronę MisjaParagwaj… Od kilku lat jeżdżą do Paragwaju nasi medycy (lekarze i pielęgniarki) i pomagają miejscowym… No, proszę… Gdzieś w głębi kraju… Aaaa… Już wiem. Chaco Paraguayo. 🙂
    Poczytałem trochę historii… Partia Czerwona. Najprościej i najszybciej skojarzyła mi się z Armią Czerwoną, a tu gdzie tam! Alfredo Stroessner był zajadłym prawicowcem. W każdym razie do prawicowej zajadłości go przypisano… Do zajadłych prawicowców. I tym się różnił od Juana Perona, że miał jeden przydomek. A Argentyńczyk wszystkie możliwe… Chociaż nie… Nie zdążono go wyzwać od zielonych czy alterglobalistów… Może dlatego, że za wcześnie umarł? 😀
    A wracając do Paragwaju, wycofuję się z przekonania, że Paragwaj jest nudny jak jego futboliści! Skoro prezydentem był eks-biskup katolicki i komunista jednocześnie… Ale go wywalili poprzez impeachment, bo miał synka, gdy był jeszcze biskupem… Tak twierdzą jedni, bo inni, że przez krwawą bitkę policji z bezrolnymi farmerami (co to jest bezrolny farmer?) – no to ja już nie wiem… A obecnie prezydentem jest gość z Partii Colorado… Nie wiem, co to jest, ale jakaż piękna nazwa! 😀 Aha… Nadal nie wiem, co to jest Partia Colorado, ale dowiedziałem się, że jej szef a obecny prezydent, to jakiś tytoniowo-bankowy oligarcha. Aha… 😀
    Pozdrawiam!
    Mam hipotezę… Partia Czerwona, to może od ziemi paragwajskiej, która się czerwieni wszędzie? A i niebo paragwajskie czerwieni też nie skąpi? A ja jak ten idiota – że może od rewolucyjnej krwi robotniczej… No, kretyn jestem… 😀
    Pozdrawiam! 😀
    Wynieśliście się z Brazylii, to i Pani Wiola milczy… 😦
    No, dobrze, pozdrawiam jeszcze raz i czekam na kolejne wpisy! 🙂

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s