Jak Jezuici nawracali Indian, czyli z wizytą w ruinach ich misji w Paragwaju i Argentynie

Lubimy ruiny, biegamy po nich od zawsze i z ciekawością małych dzieci zaglądamy w każdy zakamarek. Nie wiem, co nas do nich ciągnie. Może to atmosfera przeszłości, która w ruinach jest najbardziej namacalna. Może aura tajemniczości, którą takie miejsca są zawsze spowite. Szukamy w nich tej specyficznej magii, którą ruiny emanują. I nie ważne czy jest to mały zameczek na Sobieniu czy wielkie starożytne miasta w Andach. Ruiny nas pociągają. Stąd nic dziwnego, że przyciągnęły nas ruiny jezuickich misji w sercu Ameryki.

p1160339

Jezuici odkąd powstali budzili emocje. Zakon nie przyglądał się z boku jak toczą się losy ludzkości, ale sam usiłował nimi sterować. Z różnym skutkiem, zwykle jednak z fantazją. Bo czyż nie trzeba ułańskiej fantazji, żeby porwać się na próbę nawrócenia Chin na chrześcijaństwo? Jezuici się na to porwali i do pewnego momentu nawet im nieźle szło. Porwali się też na nawrócenie Ameryki. A konkretnie żyjących w sercu Ameryki Indian, którzy o Jezusie wcześniej nie słyszeli, bo i skąd, misjonarze dżungli się wówczas bali, a też nie było w niej nic cennego, żeby w ślad za osadnikami czy kupcami szli zwykli księża. Indianie Guarani żyli więc sobie swoim życiem, kontakty ze światem ograniczając do walk z białymi łowcami niewolników i skromnego handlu. Jezuici jednak dostrzegli wartość w paragwajskich ostępach i z właściwą sobie werwą ruszyli budować kamienne domy i kościoły pośrodku dżungli. Jakoś zdobyli uznanie Guarani, którzy nie wygnali ich ze swych ziem, a przeciwnie, zamieszkali w pobudowanych przez zakonników osadach – misjach, podjęli pracę na zakładanych plantacjach yerby i dali się ponieść nowej idei – chrześcijaństwu. Ta specyficzna koegzystencja zakonników z Indianami przetrwała jakieś stulecie, brutalnie przekreślona przez możnych ówczesnego świata, którym polityka nakazała zlikwidować odległe misje, a Guarani posłać do niewolniczej pracy jak wszystkich innych Indian, którzy trafili pod władzę „katolickich królów” Hiszpanii i Portugalii. Po jezuickiej fantazji pozostały ruiny. Nie mogliśmy ich nie ominąć.

Misje leżały na całym terenie zajmowanym niegdyś przez Guarani. Dziś ich kraj podzielony jest między trzy państwa – Paragwaj, Argentynę i Brazylię. Ruiny pochowane po współczesnych, skurzonych ceglanym pyłem wsiach, rzadko widzą gości. W największej paragwajskiej misji – La Santisima Trinidad de Parana spotkaliśmy w ciągu dnia kilka osób. Co tylko ułatwiło buszowanie po okolicy. Ruin w Trinidad nie da się przeoczyć, chociaż leżą dobry kilometr od drogi krajowej, którą toczy się autobus z Encarnacion. Z miejsca, które kierowca nazwie przystankiem wystarczy ruszyć lekko pod górę gruntową drogą koloru cegły. Czerwień paragwajskiej prowincji będziemy pamiętać długo. Czerwono-ceglany kolor ma grunt pod stopami, ceglane są drogi, ceglane są chodniki (jeśli są), przyprószone ceglanym pyłem są budynki (choć te nie zawsze z cegły). Ceglany jest też Jezus, upadający pod krzyżem, na którego pałką zamachuje się muskularny Indianin – współwinny jego męki. I nie, nic nie poknociłem w tej historii. Postać na stacji drogi krzyżowej w Trinidad za nic nie przypomina Rzymiana, którego zwykle wyobrażamy sobie w tej sytuacji. Paragwaj od Palestyny i Rzymu daleko, to i trudno się dziwić, że znęcający się nad Jezusem żołnierz przypomina Indianina. Zresztą i sam Jezus jakiś taki pasujący do tropikalnej okolicy.

Ruiny w Trinidad i sąsiednim Jesus są jedynymi obiektami Paragwaju na liście światowego dziedzictwa UNESCO. I w zasadzie jedynymi poważniejszymi zabytkami w tym kraju. Podchodząc do tych w Trinidad daje się to odczuć – wita nas elegancki budyneczek z nowoczesnym okienkiem sprzedającym bilety i z niewielką wystawą na temat miejsca. Taki odprysk światowej turystyki, pozbawiony jednak towarzyszącego jej zwykle zadęcia. Panie bileterki i panowie ochroniarze nie patrzą na turystów jak na zło wcielone czy chodzące bankomaty. To w końcu Paragwaj, turystów jest garstka i wzbudzają raczej zainteresowanie niż znudzoną irytację. Poza nami, spotkaliśmy przez cały dzień może z 10 innych osób plus wycieczkę emerytów z Holandii. Obsługa większość czasu spędza leniwie na plastikowych krzesełkach i ławeczkach, pijąc yerbę i radośnie trajkocząc. Nie widzieli przeszkód, żebyśmy spędzili trochę czasu wśród nich, pozwolili nam rozbić namiot za darmo przy samych ruinach. Pan ochroniarz w śnieżnobiałej koszuli, dumnie wypinając pierś oznajmił, że oni tu pilnują z kolegą całą noc, więc możemy spać spokojnie. Bajka. Pozwolili nam też korzystać do woli z łazienek. Nowiutkie przygotowano na spodziewany zalew turystów. Zanim on jednak nastąpi, upodobały je sobie ogromne chrząszcze, dziesiątkami łażące po ścianach i zlewach. Natura nie daje za wygraną.

Same ruiny rozciągają się tuż za drucianą siatką i plastikowym krzesełkiem sennego strażnika. Brama do innego świata. Na wprost wielki trawiasty plac, niczym rynek miasta. Wokół niego rzędy kamiennych domów bez dachów. Wszędzie rzeźbione kolumny dawnych brukowanych podcieni, łuki arkad, małe schodki prowadzące do wnętrz niewielkich mieszkań. Dla tych kamiennych mieszkanek Guarani porzucali swoje osady w dżungli i przeprowadzali się do misji. Czy można im się dziwić? Dziewczynka z filmu „Misja” na pytanie czy chce wrócić z misji do dżungli odpowiedziała „nie, w dżungli mieszka diabeł”. Może faktycznie łatwiej było im przetrwać potężne tropikalne burze w kamiennym domu? Może poczucie bezpieczeństwa było tym, co tak masowo skłaniało Indian do zamieszkania z Jezuitami na ich zasadach?

Po prawej wyróżnia się dzwonnica, jedyny nie zrujnowany budynek na terenie misji. Niestety zamknięta na głucho. Obok smętne ruiny kościoła. Resztki ścian, posadzka, prosty kamienny ołtarz. Po drewnianym wnętrzu nie ma śladu, przetrwała jedna belka nad drzwiami. Kawałek dalej strefa warsztatów. Jezuici nie budowali swych misji byle jak. Wszyscy byli wykształceni przez jezuicki uniwersytet w argentyńskiej dziś Cordobie, jeden z pierwszych w Ameryce Łacińskiej. Cordoba stanowiła ich intelektualne zaplecze, zapewne tam powstawały plany nowych misji. Poszczególne części osady miały różne przeznaczenie, mieszkano w jednej, pracowano w drugiej, modlono się w trzeciej, a na placu pomiędzy pasły się owce. Zakonnicy uczyli Guarani rzemiosła, ale także zorganizowali im typowe na tamte czasy szkolnictwo, które dawało wiedzę zbędną w dżungli, ale przydatną w misji. Do legendy przeszło zwłaszcza wyrabianie instrumentów muzycznych i rozwijanie sztuki muzycznej. Indianie ponoć niezwykle upodobali sobie muzykę barokową, która wówczas dominowała w katolickim świecie. Nie tylko muzykę wykonywali, ale także sami komponowali. Znakomicie radzili sobie też w obróbce kamienia i rzeźbiarstwie, czego dowody widać dookoła. Dawne warsztaty częściowo zachowały swoje arkadowe podcienia. Tutaj zgromadzono potłuczone indiańskich dzieł. Na półkach i ziemi walają się płaskorzeźby aniołów, świętych, dziwnych twarzy, zwierząt, ptaków. Nie brakuje motywów roślinnych i napisów. Głównie po łacinie, którą podpisano figury świętych, ale i w języku Guarani. Język to specyficzny, jako jedyny indiański ma status równy hiszpańskiemu. Coś, o co z trudem walczy Keczua w Peru, w Paragwaju działa na co dzień. Nigdzie indziej biali koloniści i późniejsi Metysi nie przyjęli języka Indian za swój. Dziś cały Paragwaj jest dwujęzyczny. Fenomen.

Warsztaty sąsiadują z najważniejszą budowlą misji w Trinidadzie. Katedrą. Podobnie jak niedaleki kościół, katedra jest w ruinie. Tu również nie ma śladu po drewnianych wykończeniach. Jednak zachowało się coś co pozwala zachwycić się tym miejscem. Na potężnych ścianach okalających ołtarz pełno płaskorzeźb. Sztuka barokowa stworzona przez Indian. Szeregi pyzatych cherubinów grają na instrumentach wysoko nad posadzką. Drzwi, okna, wcięcia w ścianach, wszędzie pełno zdobień. Rzeźbiony ołtarz, chrzcielnica i ambona. Wszystko w odcieniach czerwieni, brązu i posadzkowego mchu. Pod posadzką tradycyjna krypta. Można zejść bez lęku, po szczątkach nie ma śladu, choć i w pustych katafalkach jest garść grozy. Przy katedrze zachowała się zakrystia. Złożono tu kolejne szczątki rzeźb, głównie kamienne głowy. W kącie sali w drewnianej gablocie, przykryty szybą leży szkielet. Czyj, nie wiadomo, na pękniętej szybie zostawiono tylko napis „nie dotykać”.

Ruiny w Trinidad można zwiedzić także nocą. W wybrane dni tygodnia organizowany jest pokaz świateł i oprowadzanie z przewodnikiem. Ruiny kąpią się wtedy w sztucznych światłocieniach, a białe punkciki małych lampek, których pełno wokół tworzą klimat, jakby dusze dawnych mieszkańców świeciły w mroku. Wrażenia nie robi pokaz slajdów na murach katedry, ale puszczona do tego muzyka barokowa dodaje uroku.

Jakieś 12 kilometrów dalej są znacznie mniejsze ruiny o wdzięcznej nazwie Jezus. Można tam podejść pieszo, mijając poniemiecką wieś Hohenau. Albo skorzystać z usług taksiarza, który czeka na okazje na drodze krajowej i przewiezie chętnych tam i z powrotem. Wybraliśmy drugą opcje razem z napotkaną kanadyjską parą. W cztery osoby wyszło opłacalnie. Kierowca już w Jezusie chciał zmienić warunki umowy i podnieść cenę o sto procent, ale jego talent cwaniaka odbił się od ściany naszego zignorowania perfidnej próby wyłudzenia, więc skończyło się na tym, że dał nam na miejscu pół godziny, inaczej sobie pojedzie. Ruiny w Jezusie są małe, pół godziny wystarczy. Z całej misji zachował się praktycznie tylko kościół. I choć mniejszy niż katedra z Trinidadu, to w nieco lepszym stanie, wszystkie ściany stoją. Mniej zdobień, więcej prostoty, ołtarz to zwykły kamienny stół, nie rzeźbione dzieło. Poza kościołem stoi rząd zabudowań, reszta misji to już tylko ślady fundamentów w trawie. Fajne miejsce mimo, że znacznie mniejsze. Jeden bilet wstępu obowiązuje na obie misje.

Trzecie z ruin jakie widzieliśmy, są już w sąsiedniej Argentynie. Z Trinidadu do Argentyny najłatwiej dostać się jadąc do Encarnacion, gdzie jest most na granicznej rzece Paranie prowadzący do Posadas. Ruiny San Ignacio Mini leżą przy drodze łączącej wodospady Iguacu z resztą kraju, więc autobusów w tamtym kierunku z Posadas odjeżdża sporo. San Ignacio Mini jest bardziej turystyczne niż cokolwiek w Paragwaju. Uliczka prowadząca do ruin zastawiona jest budkami z pamiątkami i jedzeniem, jest nawet pizzeria. Ludzi również znacznie więcej, ale tłumów nie ma. Same ruiny są równie rozległe jak te w Trinidadzie. Zachowała się większa część fasady kościoła i część klasztorna z fajnym tarasem na zapleczu. Podstawową różnicą między ruinami paragwajskimi, a tymi jest roślinność. W Paragwaju dżunglę w misjach wykarczowano, trawę wykoszono, ruiny wyeksponowano. Zostawiono tylko nieliczne wysokie palmy. W San Ignacio wyczyszczono część kościelną i warsztaty. Część mieszkalna w większości porasta lasem. Indiańskie domy zarastają, wokół lata mnóstwo ptaków, po ziemi pełzają wielkie jaszczurkowate. Miejsce ma przez to zupełnie inną atmosferę, bardziej tajemniczą. Można pobłądzić, czyli zrobić to co lubimy najbardziej. Wam też polecamy. 🙂

Spodobał się Wam ten tekst lub zdjęcia? Pokażcie je swoim znajomym, a nam będzie ogromnie miło!

Michał

 

Advertisements

13 uwag do wpisu “Jak Jezuici nawracali Indian, czyli z wizytą w ruinach ich misji w Paragwaju i Argentynie

  1. Jezuitom chyba do dziś dzień została ta nutka szaleństwa. Swojego czasu byłam blisko i zawsze zastanawiałam się czy to zakon czy raczej banda filozofów i urodzonych naukowców. Bardzo mądrzy i ciekawi świata ludzie 🙂

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s