Boskie Buenos Aires

Od rana padał deszcz. Szalejąca burza nieskutecznie próbowała zdławić rozrastający się uśmiech. W myślach nuciła się sama z siebie jedna piosenka. Piosenka – prorok. Maanam i Boskie Buenos zostały z nami do samego końca. Bo czy podróżować nie jest bosko?

Buenos Aires jest jak spełniający się sen. Miasto, o którym zawsze się słyszało, od zawsze chciało się przespacerować jego uliczkami w jednej chwili stanęło otworem. I co z tego, że w deszczu i z ciężkim plecakiem. Wkrótce rozpoczęliśmy poznawanie nowego miejsca, wczuwaliśmy się w jego rytm, odkrywaliśmy co nam się podoba, a co nie. Każdy dzień spędzony w tym miejscu był inny. Zwiedzaliśmy, odpoczywaliśmy, spędzaliśmy Święta Bożego Narodzenia i Sylwestra.

Serce, centrum boskiego Buenos Aires to Plaza de Mayo. Zaraz przy nim wyrasta lekko różowy pałac prezydencki, który przez swoją kolorystykę otwiera mi skojarzenie z Sanokiem, a na twarzy Michała uśmiech. Plac, tyle wolnej przestrzeni, często jest miejscem spotkań z władzą. To jedno z tych miejsc, na którym demonstruje się samopoczucie mieszkańców. W czasie, w którym odwiedzaliśmy miasto następowała zmiana władzy, wokół pełno było policji, a plac podzielono metalowymi barierami. Nie przeszkadza to protestującym kombatantom wojny o Falklandy, mieszkającym w ustawionych na stałe namiotach. Miałam wrażenie, że ci starsi panowie są tam już tak długo, że nikt nie zwraca na nich uwagi. Ci staruszkowie grający w szachy, ziewający i pilnujący własnych butów policjanci i my – turyści, którzy wokół wszystkiego przechodzimy tylko robiąc zdjęcia, tworzą razem unikalną mieszankę smutków i radości. Nie czułam się zupełnie komfortowo patrząc na to wszystko z boku, a w dalszej podróży okazało się, że argentyńska władza od lat wykorzystuje konflikt z Brytyjczykami do tuszowania innych, często ważniejszych spraw. A kombatanci stają się zamrożonym elementem tła nad partią szachów. W obrębie placu znajduje się również katedra, w której przesiadywał swego czasu papież Franciszek – swoiste połączenie władzy świeckiej i kościelnej.

Miałam mętne wyobrażenie, że w Buenos Aires na każdym rogu tańczy się tango. Nie popełniajcie tego samego błędu co ja i nie nastawiajcie się na to. Pierwszy raz zobaczyłam tańczących dopiero kilka dni po przybyciu, podczas niedzielnego spaceru na San Telmo. Spacerując po węższych i szerszych uliczkach tej dzielnicy, miasto pokazuje kolejne ze swoich oblicz. Wokół słychać nie tylko hiszpański, ale też angielski, francuski, niemiecki, a nawet polski. Sprzedawcy wszystkiego uśmiechają się, wołają na przechodniami „gringo”, a ja na każdym rogu nasłuchuję muzyki. Cały czas, z muzyką czy nie, miałam wrażenie przenikania do swoistego i magicznego latynoskiego świata. Z każdym krokiem pojawiało się coraz więcej straganów, na których można było znaleźć wszelkiego rodzaju drobiazgi, bransoletki, biżuterię, kapelusze, obrazy czy grawerowane na miejscu tykwy do yerby. Kilka kroków, tylko tyle dzieliło nas od dotknięcia jednego z symboli Argentyny – tanga. Uliczka płynnie zmieniła się w mały placyk pogrążony w przytłumionych rozmowach i śmiechach, a przede wszystkim w muzyce. Przed moimi oczami rozgrywał się spektakl uczuć i namiętności. Ona i on, a w tym szczególnym wypadku jeszcze ono, ponieważ tancerka była w zaawansowanej ciąży. I tak każdy ruch pasował do atmosfery, dźwięku, wyrazu twarzy, a serce bije mocniej, a rumieńce zalewają twarz.

Buenos Aires codziennie odkrywa się na nowo. Zapachy, kolory, ludzie na ulicach – to wszystko zależy od wszystkiego innego. W słoneczny i upalny dzień wszystko wydaje się jaskrawsze, wyraźniejsze, a sporadyczny wiatr niesie w sobie egzotykę wymieszaną z codziennością. Pochmurne i mokre dni są zgoła inne, zwykle pełne ludzi ulice i uliczki przerzedzają się, ale za to kolory wokół są wyraźniejsze, łatwiej dostrzegalne. Jak pachnie boskie miasto? Marzeniami tysięcy Argentyńczyków, którzy przyjechali tam ze swoimi nadziejami, słońcem, kurzem i wiatrem Patagonii, biedą i bogactwem. Zatrzymaj się ze mną na jednej z miliona uliczek i wsłuchaj, a melodia grana przez Buenos Aires.

Aśka

Reklamy

9 uwag do wpisu “Boskie Buenos Aires

  1. Hola! Choć w Argentynie spędziłam trochę czasu, nigdy nie dotarłam do BA. Czy podczas Waszego pobytu w tym mieście widzieliście murale z podobizną Fridy Kahlo? Słyszałam, że jest ich całe mnóstwo. Ciekawa jestem skąd tam taka fascynacja meksykańską malarką… Wiecie coś o tym?

    Polubione przez 1 osoba

    • Niestety nie widzieliśmy, ale też nie wiedzieliśmy o tym więc nie zwracaliśmy uwagi. Murali w Buenos jest mnóstwo i oprócz częstego motywu Maradony nie zauważyliśmy jakichś innych powtarzających się motywów. Na zdjęciach też chyba nigdzie przypadkiem nie uchwyciliśmy, więc niestety nie jestem w stanie Ci pomów w tej kwestii. Następnym razem będę się rozglądać. 🙂

      Polubienie

  2. Boskie Buenos. Dokładnie tak! Niezapomniane chwile. Ludzie odpoczywający na trawnikach Plaza de Mayo…Tango na ulicy tańczone do dźwięków Por una cabeza Carlosa Gardela… Nocna atmosfera San Telmo… To miasto od razu skradło moje serce. Miło powspominać przy okazji Waszego wpisu 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. No właśnie – Buenos jest takim miastem, o którym słyszał każdy. Każdy widział zdjęcia stamtąd. Ale już nie każdy miał szansę zobaczyć go na żywo. Także jesteś w pewnym niezbyt licznym gronie, które miało to szczęście 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s