Mielnica Podolska – świat schowany wśród pól

O dziwo, są jeszcze w Europie miejsca, o których nie sposób znaleźć ani słowa w Internecie. I to często całkiem blisko. Jednym z nich jest Mielnica Podolska, niewielka miejscowość zagubiona wśród naddniestrzańskich pól. Nigdy wcześniej o niej nie słyszeliśmy, chociaż raz już byliśmy w okolicy. Więc kiedy  nasza koleżanka Ania zaproponowała wspólny wypad właśnie tam, na kres kresów, nie trzeba nas było długo namawiać.

drzewo przystankowe i główne skrzyżowanie - centralny punkt MielnicyHistoria jakich wiele w tej Europie. Pradziadkowie Ani zbudowali sobie dom. Ładny, murowany, blisko centrum i kościoła. Powoli wykańczali kolejne pomieszczenia. Nagle przyszła wojna światowa. Okoliczne wsie płonęły, ale wielokulturowa Mielnica przetrwała. Po wojnie wujaszek Stalin kazał wszystkim Polakom z okolicy wynosić się za daleki San. Pradziadkowie osiedli na Śląsku, dom zostawili za sobą. Aż Ania postanowiła go poszukać, ciekawa czy jeszcze stoi.

Uzbrojeni w przedwojenne zdjęcie i ówczesną nazwę ulicy ruszyliśmy do Mielnicy radośnie rozgadaną marszrutką z Kamieńca Podolskiego. Marszrutki, czyli niewielkie autobusiki kursujące po całej Ukrainie to dla mnie fenomen kulturowy. Tanie, zapuszczone, udekorowane według gustu kierowcy, wożą dzieci do szkół, dorosłych do pracy i opatulone szczelnie chustami babuszki na rynek. Nasz starożytny Łaz toczył się ospale od wsi do wsi, zostawiając nam mnóstwo czasu na podziwianie niekończących się pól i meandrów Dniestru. W środku przekrój społeczeństwa. Chłopaki z przodu gadają o pracy w Olsztynie. Dziadki z tyłu politykują, jak wszyscy teraz na Ukrainie. Jeden w czapce uszance tłumaczy pozostałym różnice między Moskwą a Warszawą. Babcia z przodu co minutę niedbale macha ręką, żegnając się przed mijanymi krzyżami. Inna zagaduje do mnie z rubasznym śmiechem. Nie rozumiem ani słowa jej czystej szewczenkowszczyzny, ale śmieję się razem z nią. Babcia wysiada w Mielnicy, wytarabaniamy się za nią.

Mielnica nas zaskakuje. Spodziewaliśmy się niedużej wsi, na wzór mijanych po drodze. A tu coś na wzór mikro miasteczka. Skrzyżowanie, kilka sklepów, jakiś fryzjer, pomniki bohaterów drugiej wojny i nowy Niebiańskiej Sotni, kilka większych gmachów, jakby publicznych. Latarnie i barierki w barwach Ukrainy. Zziębnięta dziewuszka sprzedaje kawę w przyczepie. Za rogiem odnowiona, jaskrawo-zielona cerkiew. Wszędzie pełno ludzi. Cywilizacja.

Zaczepiony przy swojej Ładzie miejscowy wskazuje nam drogę na ulice Kudryniecką. Na szczęście nie zmienili nazwy od przedwojnia. To blisko, mówi. Idziemy.

Szybko wpadamy na opuszczony, duży, stary budynek. Oceniając po bryle, zakładamy, że to synagoga. Przed wojną w Mielnicy była synagoga, cerkiew i kościół. Podchodzimy do bramki, zwieńczonej żeliwnym krzyżem i datą 1930. A więc jednak kościół katolicki. Przechodząca kobieta zagaduje: „tam nic nie ma, nie warto zaglądać”. Kościół otoczony parkiem z wiekowymi dziś drzewami.Główne wejście niestety zamknięte na zardzewiałą, ale solidną kłódkę. Tylne wejście zastawione drewnianą płytą i przyparte solidnym kawałkiem gruzu. Przez szpary widać, że w środku nie zachowało się nic z wystroju świątyni, ściany kiedyś pomalowano na szpitalną zieleń, może był tu jakiś skład. Dziś jest pusto. Na tyłach jakaś szopa, wszędzie sporo gruzu. Miejsce opuszczone i zapomniane, chociaż swoim rozmiarem wciąż dominuje okolicę.

Za kościołem jest ulica, której szukamy. Sto metrów dalej olśnienie. Czy to aby nie ten dom? Ten! Troszkę przebudowany, ale da się rozpoznać. Zadbany, niedawno odnowiony, ktoś w nim wciąż mieszka. Ania nie chce pukać, nie chce niepokoić obecnych mieszkańców. Ale cieszy się, że dom dziadków nie popadł w ruinę jak kilka innych w okolicy.

Ulicą idzie kilku chłopaków, jeden wychodzi z sąsiedniego domu, wywracając się przy okazji na lodzie. Patrzą na nas niepewnie, mijają. Naraz jeden zawraca. Na czapce dumnie świeci żółty tryzub – herb Ukrainy. Rzuca zaczepnym tonem – „czemu robicie zdjęcia domów”?

Kilka dni wcześniej w ukraińskich mediach debatowano nad rzekomą falą roszczeń od Polaków, chcących odzyskać przedwojenne nieruchomości. Ostatecznie uznano, że temat podrzucili prorosyjscy prowokatorzy, ale kto wie co w głowach podolskich chłopaków siedzi. Ostatnie czego nam trzeba to wzbudzenie jakichś dziwnych podejrzeń.

Szybko tłumaczę partyzancką słowiańszczyzną, wymyślanym na bieżąco językiem, że nie domom, tylko temu jednemu i dlaczego. „A po naszemu mówisz?”. Nie bracie, nie mówię po ukraińsku, my z Polski. Na całą ulicę rozbrzmiewa okrzyk do kumpli – „któryś zna polski?”. Żaden. Więc produkuję się dalej, a kolega w końcu zdaje się rozumieć moje tłumaczenia i odchodzi. Minutę później widzimy jak spotyka się z kumplami na końcu ulicy. Kolejną minutę później słyszymy gromkie „ej wy!”. Oczami wyobraźni widzę łomot jaki ku nam zmierza.

„Jak wy z Polski, to tam na końcu ulicy jest polski cmentarz, możecie iść popatrzeć. W okolicy są jeszcze dwa.” Odchodzi.

A więc jest nadzieja, że wyjdziemy z tej miejscowości w jednym kawałku. Dzięki, brachu.

Na końcu ulicy faktycznie są jakieś zarośla. A wśród nich zapomniane kamienne krzyże. Polskie inskrypcje wyryte w kamieniu wciąż są czytelne. Część grobów rozbita, tu i ówdzie w wysokiej trawie leży ułamany krzyż, czy rozbita figura. Wszystko zarośnięte, ale da się przejść. Wszystkie przedwojenne, poza kilkoma z lat 50tych, z sowieckimi gwiazdami zamiast krzyży. Widać cmentarz jeszcze chwilę używano po wojnie.

Cmentarz jest niewielki, a w jego środku stoi nieduża kaplica. W środku jakimś cudem uchowały się dwie drewniane ławka. Wygląda na to, że od lat służą za siedzenie miejscowym pijaczkom, wszędzie walają się flaszki i pety. Uchował się też prosty, kamienny przedsoborowy ołtarz, dziś służący za stół. Sacrum tego miejsca przepadło.

Na tyłach kaplicy są półotwarte drzwiczki. Za nimi zagruzowane niewielkie schody. I trumny, stare, rozbite. Wejście do krypty, otwarte na oścież, da się bez trudu wejść w jej czeluść, ale nie mamy ze sobą światła, więc nie wchodzimy głębiej. Tu i ówdzie widać nieliczne sczerniałe kości, w głębi majaczy w mroku więcej rozbitych trumien. Groza, pośród ludzkich domów, najbliższy jest może 20 metrów dalej. Ile takich miejsce jest na Wschodzie?

Chwilę dalej na ulicy łapie nas pani po 50tce. Uśmiechnięta opowiada o polskich korzeniach swojej rodziny. Po krótkiej rozmowie rozstajemy się. Widzimy jeszcze jak spotyka koleżankę i coś jej opowiada spoglądając na nas. Teraz to już na pewno wszyscy będą wiedzieli co tu robimy.

Na skrzyżowaniu tłumek ludzi czeka na marszrutkę, którą też chcemy wracać, ma być o drugiej. Jest jeszcze trochę czasu, więc chowamy się do sklepu przed rosnącym mrozem. Dziewczyna sprzedająca nam rogaliki rozgaduje się po polsku o swojej pracy w naszym kraju. Wychodząc widzimy marszrutkę, radośnie odjeżdżającą nam sprzed oczu, sekundę po drugiej. Sklepikarka stwierdza, że następna za kilka godzin. Zaczyna padać śnieg.

Zaczepiamy jakąś miłą panią, z pytaniem o miejsce gdzie można coś zjeść. Prowadzi nas do sklepu, który na piętrze ma niewykończony bar z kilkoma stolikami. W środku pusto, tylko dwóch chłopaków pije wódkę na balkonie. Mróz i wiatr im nie przeszkadzają, od śniegu osłania mały daszek.  Tak poznajemy Natalie, naszą rówieśniczkę. Za 4 hrywny robi nam herbatę, czym ratuje nas od hipotermii. Potem następne. Biega po schodach i co chwila przeprasza, ale jest tu sama i musi ogarniać wszystko. Do jedzenia ma pielmieni, wschodnią wariację na temat pierogów z mięsem, za półdarmo, własnej roboty. Bierzemy. Raju jakie to dobre.

Natalia chyba nas polubiła. Zwierza się, że bardzo chciałaby pracować w Polsce. Z wykształcenia jest pedagogiem specjalnym, ale żeby dostać pracę na Ukrainie musiałaby zapłacić równowartość kilku pensji. Nie stać jej, więc sprzedaje w sklepie i wzdycha do lepszych czasów. Wypytuje innych klientów o marszrutki i po pół godziny daje nam znać, o której dokładnie odjeżdża nasza. Mamy cztery godziny, postanawiamy u niej posiedzieć.

Do sklepu wchodzi jakiś dziadek. Widząc mnie zagaduje czy mówię po ukraińsku albo rosyjsku. A w jakim języku tu się mówi, pytam. Po ukraińsku, zaznacza natychmiast Natalia. Wszystko jedno, dodaje dziadek. Ale w Czerniowcach mówili nam, że tam rosyjski dominuje, a to blisko? „Tam jest dużo Żydów” – kończy dziadek.

Stolik obok siada trzech gości. Zamawiają piwo i przyglądają się nam. „Wy z Polski? Jestem Sasza, po waszemu Aleksander, pracuje jako kierowca w Polskim Busie”.

Na polu śnieżyca, w środku Natalia odpala telewizor z ukraińskim karaoke. Rozwijamy przyjaźń między narodami.

Sasza tłumaczy, że marszrutki odjeżdżają spod drzewa. Jakiego znowu drzewa? Tego co rośnie na skrzyżowaniu. A, to wiemy gdzie to. Tym razem udaje nam się ją złapać.

Bywajcie Mielniczanie, dzięki za gościnę, pewnie kiedyś wrócimy do waszej przyjaznej mieściny, schowanej wśród podolskich pól.

Michał

 

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Mielnica Podolska – świat schowany wśród pól

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s