Boże Narodzenie w Argentynie

W naszą podróż wyruszaliśmy w listopadzie, a to oznaczało, że spędzimy gdzieś w Ameryce Południowej święta Bożego Narodzenia i Sylwestra. Początkowo nie mieliśmy na to najmniejszego pomysłu, wszak wszystko wokół było nowe, inne i fascynujące. Nie zwracaliśmy uwagi na ozdoby świąteczne, ale z każdym dniem były one bardziej widoczne. Duże wrażenie zrobiły na nas ozdoby podpatrzone gdzieś na prowincji Paragwaju – choinka zrobiona z opon i renifer z pomalowanych butelek. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania i coraz bardziej dręczyło mnie poczucie niedopasowania. Mikołaje na sklepowych pułkach ubrane w ciepłe ubrania, choinki i sztuczny śnieg w krajach, gdzie to coś zupełnie nieużywanego, nieprzydatnego. Spora doza niedowierzania to reakcja obronna na Święta pod palmami.

Buenos Aires, Wigilia, upał niesamowity. Zostaliśmy zaproszeni na świąteczną kolację przez rodzinę, od której wynajmowaliśmy pokój. Cały dzień snuliśmy się bez celu nie wiedząc, co z sobą począć. Każda mijana godzina okazywała się niewiadomą, w domu wcale nie panował rozgardiasz. Wydawało mi się, że było nawet spokojniej niż zwykle, a do tego cały dzień nie widzieliśmy Maria, który jako jedyny mówił tu po angielsku.

Dzień już się kończył, w zasadzie zapadła noc, a my czuliśmy się wyjątkowo nieswojo, zupełnie niepotrzebni jakby ktoś nas oszukał. Słyszeliśmy, że w domu pojawiło się więcej osób, dzieci biegały, rozlegały się śmiechy. Dokładnie w momencie, w którym oboje z marnymi minami postanowiliśmy iść spać, rozległo się pukanie. Mario oznajmił „Już możecie przyjść, wszystko gotowe”. Było już po 22, ale może ta Wigilia nie będzie taka zła?

Wiecie co? To była definitywnie najdziwniejsza, najsympatyczniejsza Wigilia, na jakiej do tej pory byłam. Pełno ludzi – cała rodzina Maria, Amerykanin z północy David, jakaś Francuzka, nasza dwójka i szalony pudel – coś niesamowitego. Wszystko odbywało się na dachu – tarasie, z którego widać było miasto i bezchmurne niebo. Do tego cały stół zawalony sałatkami, grillowanym mięsem i wszelkimi dodatkami do niego. Dominowały żeberka i porcjowany kurczak, których tylko co chwila dokładano na stół. Nie było wyniosłych życzeń przed jedzeniem czy dzielenia się opłatkiem. Nikt nie czuł się skrępowany, śmiechy i rozmowy towarzyszyły jedzeniu, a w tle leciała wesoła latynoska muzyka.

Kiedy wszyscy już się najedli, pojawił się alkohol w znacząco większej ilości. Zaczęło się od owocowych cydrów, a kończyło na zwykłym piwie. Zaraz przed północą wszyscy zaczęli składać sobie wesołe życzenia, ściskać się i śmiać, a my też przyłączyliśmy się do tej tradycji i każdy, do kogo podchodziliśmy nie miał nic przeciwko dwójce gringo. Zaraz po tym nastąpiło coś, co mnie zaskoczyło zupełnie – fajerwerki. Z każdego domu, dachu, balkonu czy ulicy w niebo wzlatywały sztuczne ognie, u nas dzieci zaczęły rzucać petardy i biegać z zimnymi ogniami. Ten moment oznaczał rozpoczęcie imprezy. Alkoholu było coraz więcej, dziewczyny zaczynały tańczyć, Mario mnie wyciągnął na „parkiet”, jego siostra Michała i tak się bawiliśmy przy latynoskim disco, tańcząc i śmiejąc się w Wigilię Bożego Narodzenia co jakiś czas rozświetlani rozbłyskami fajerwerk.

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Boże Narodzenie w Argentynie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s