Legendarna droga prawie bez końca – Ruta 40

Świat pełen jest legend o mistycznych bogach, potworach, o niesamowitych ludziach i ich czynach, a także o miejscach, które przyciągają od zawsze. Do tego zacnego grona można zaliczyć właśnie Ruta 40, najsłynniejszą drogę Argentyny. Można pytać dlaczego, a odpowiedź jest tak samo prosta jak niewystarczająca – najdłuższa droga w kraju, która prowadzi z północy na południe. Swoją popularność zawdzięcza też wszystkim, którzy postanowili przebyć tą drogę w taki lub inny sposób. Dla nas stała się niesamowitymi ludźmi, jakich spotkaliśmy, zmieniającym się krajobrazem, upałem, pyłem i krwiożerczymi owadami, a także upragnioną zielenią, jeziorami i wiatrem.

Każdy dzień przemieszczania się autostopem był podobny do poprzedniego. Czasem tylko zmieniał się krajobraz, zdarzało się, że drastycznie. Dni zlewały się ze sobą, a jedyne co je wyróżnia to ludzie, których spotykaliśmy w drodze. Dzięki nim, ich wyjątkowości lub sytuacjom, podczas których na nich wpadaliśmy stali się drogowskazami na ścieżkach wspomnień. R40 stała się imponującym doświadczeniem głównie za ich sprawą.

Jest takie skrzyżowanie w Argentynie, gdzie od R40 odbiega droga biegnąca prosto do Chile. Miejsce to zachwyca swoim pięknem – dolina rzeki, majestatyczne, skaliste góry wokół, most, droga i my. W tak pięknej scenerii chciało się rzeczywiście zostać, popatrzeć nocą w gwiazdy. Można myśleć, że to sielanka. Nic bardziej mylnego. Samochodów jadących na południe mniej niż na lekarstwo, namiotu rozbić nie ma jak, ponieważ wszędzie bylibyśmy na widoku, a do tego kamieniste podłoże lub mokry, zapadający się muł. Kiedy myśli się, że gorzej być nie może, pojawiają się one, krwiożercze muchy (podobne do naszych końskich). Gdyby to była jedna, no może dziesięć, dałoby się przetrwać. Jednak to było jak kataklizm, chmura za chmurą, atakująca każdy kawałek ciała. Instynkt mordercy szybko przerodził się w rosnącą beznadzieję – nawet po pacnięciu tego potwora z całej siły, ten odlatywał jak gdyby nic się nie stało i wracał. Trwało to kilka godzin, kiedy już pozbawieni nadziei wystawiliśmy kciuk i zatrzymał się On, Iwan. Zapakował nas w swój zapchany samochód i wesoło pognał już gruntową R40. Ulga i radość mieszały się z niedowierzaniem, gdyż Iwan okazał się bardzo gadatliwym człowiekiem, który już w nocy wyciągnął skręta i wesoło podpalał nadal prowadząc wzdłuż mrocznych urwisk. Wizja pożerających nas much zamieniła się na szkielety w samochodzie w jakimś dole. Pomagaliśmy kierowcy, bo każdy chce przeżyć tę noc, Iwana zafascynowało polskie słowo „gwiazda” i powtarzał je aż do dotarcia do następnej wioski, gdzie znalazł nocleg dla nas wszystkich. Rano chciał nas zabrać dalej, jednak jakoś tak wyszło, że nie daliśmy rady wstać.

W Barrancas policjanci byli bardzo zdziwieni obecnością dwóch osób i to z Europy. Zaprosili nas na posterunek, wesoło porozmawiali, poczęstowali zmrożoną wodą i nawet dali zamrożoną butelkę na drogę. Bezchmurne niebo i brak cienia nie pomagają, jednak tutaj łatwo łapie się stopa. Kolejny raz (a przez całą drogę wiele) jechaliśmy na pace i chłodził nas pęd samochodu. W takim słońcu spotkaliśmy też Miguela, który nie dość, że nas zabrał, kupił po wodzie, to jeszcze starał się używać prostego języka by rozmawiało się nam miło i przyjemnie. Przejechaliśmy z nim ogromną ilość kilometrów, po czym wysadził nas na kempingu, zapłacił za nas nic nie mówiąc, dał namiary na siebie, gdybyśmy wracali przez jego okolice i zniknął z horyzontu, ale nie z naszych wspomnień.

Zdarzyło się również, że starszy kierowca wysadził nas dosłownie pośrodku niczego, ot tak i pojechał dalej. Jednak gdyby nie to, to nie zabrała by nas rodzina z wypchanym samochodem do granic, włącznie z „paką”, w której i tak w jakiś sposób znaleźli dla nas miejsce. Zabrali nas w okolice pierwszego wulkanu jaki widzieliśmy, takiego idealnie klasycznego o pięknej nazwie Lanin. Rodzinka na pożegnanie dała nam jeszcze całą paczkę z kanapkami. A my już dawno nie jedliśmy dobrych kanapek z żółtym serem w dodatku z takimi widokami.

Kiedy skończyła się pustynia pojawiły się drzewa, jeziora i zieleń. Świat ponownie nabrał kolorów, zrobiło się chłodniej. W takich miejscach spotkaliśmy Karolinę, która zabrała nas do kolejnego parku i pięknego campingu. Wyjechaliśmy stamtąd z szalonym ojcem kilkuletniej dziewczynki, który gnał po górskiej drodze pełnej zakrętów grubo ponad 100 km/h. I trafić mieliśmy do hipisowskiej mekki, którą bez żalu zostawiliśmy z tyłu by zatrzymać się w Esquel, w którym z głupawką szukaliśmy Eskela.

Każdy dzień i każdy kilometr przybliżał nas do umownego końca świata, Patagonia okazywała się coraz bardziej pusta i jednocześnie pełna przestrzeni i guanako. Czas nie miał znaczenia, a jednak nas gonił – zbliżała się zima.

Na swojej drodze spotkaliśmy też młodego ojca z kilkuletnim synem i psem, który zatrzymał się tylko dlatego, że nie zobaczył Michała buszującego przy kapliczce Gauchito Gila. Przejechaliśmy z nim ponad 100 km, które mogły się nigdy nie skończyć, ponieważ samochód ledwo rzęził, a na końcu nawet się zepsuł. Mało tego, kierowca kieszeń pełną miał trawy, a po kontroli policyjnej ledwie odjechał za zakręt i z nerwów palił jak szalony. Dzięki niemu trafiliśmy do dumnie brzmiącego miasteczka Gobernator Costa, w którym nie było nic poza drogimi pokojami i campingiem, na którym szalał wiatr i kot czatujący na naszego tuńczyka.

W Patagonii dowiedzieliśmy się też, że prowadzenie samochodu i popijanie drinka podanego przez żonę, to normalna sprawa. Cóż, prędkość trochę nas niepokoiła – jakieś 160 km/h.

Na końcu, ale w środku, pojawił się Tito. Kierowca tira, który uwielbiał swoją pracę, w której pokonywał zawsze trasę z Buenos Aires do Rio Grande. Zmieścił nas, plecaki, duży palnik i czajnik w swojej kabinie i wesoło pokonaliśmy w dwa dni odległość, która zajęłaby nam tydzień. Rozmowy o niczym, słodzenie yerby, spanie na parkingu dla tirów i historie szalonych guanako to kwintesencja Tito. I nieschodzący z jego twarzy uśmiech. Tak jak nasz, kiedy zabrał nas na prom przez mityczną Cieśninę Magellana. Turkusowa woda błyszczała jakby chciała nam jeszcze bardziej udowodnić, gdzie się znaleźliśmy i jako bonus pojawiły się biało-czarne delfiny.

A kiedy dotarliśmy na sam dół mapy, okazało się, że to nawet nie połowa drogi i teraz przyjdzie czas na wspinanie się w jej górę. Tam, gdzie wielu kończyło, my dopiero się rozpędzaliśmy.

Aśka

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Legendarna droga prawie bez końca – Ruta 40

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s