O tym jak skończyła się droga.

Ruszając w drogę zwykle ma się jakiś cel, nawet taki nie do końca określony. Cel może być odległy, prawie nieosiągalny, ale gdzieś go tam przed sobą widzimy. Kiedy zaczynaliśmy naszą podróż nie mieliśmy większego planu, nie narzucaliśmy sobie twardych reguł, od razu wiedzieliśmy, że coś takiego działać po prostu nie będzie. Zaznaczyliśmy na mapie naszej wędrówki tylko kilka miejsc, do których chcielibyśmy dotrzeć, ale gdyby coś nie wyszło, to mówi się trudno. Właśnie jednym z takich miejsc była Ushuaia, miasto (a raczej miasteczko) na końcu świata. Mekka podróżników pokonujących kontynent południowoamerykański.

Fenomen Ushuai

To jedno z tych miejsc na świecie, gdzie spotkać można ludzi zewsząd. My dotarliśmy tu autostopem i wdzieraliśmy się pieszo od samych początków miasta. Nikogo niech nie zdziwi ilość mijanych przez nas warsztatów samochodowych, magazynów i innych bliżej nieokreślonych budynków. Domy, które widzieliśmy najpierw z góry i z oddali nie wyróżniały się niczym specjalnym, okazały się wręcz małe, nieciekawe i obite blachą. Centrum nie jest duże, właśnie tutaj zmierzają wszyscy pragnący zobaczyć argentyński koniec świata. Muszę przyznać, że jest coś niezwykłego w staniu obok tablicy, która obwieszcza, że oto znalazłeś się przechodniu w miejscu, gdzie w sumie dalej już nie ma nic. Oczywiście zrobiliśmy sobie tu zdjęcie, bo jeszcze nikt by nam nie uwierzył, że tu dotarliśmy.

Nie zatrzymywaliśmy się w Ushuai na noc, ceny noclegów nawet w najtańszych hostelach okazały się nie na nasz budżet. Tak, to miejsce jest drogie, stąd można płynąć na Antarktydę, co jest już kosmicznie drogie. Wywędrowaliśmy od razu w stronę Parku Narodowego Tierra del Fuego, przeszliśmy pieszo wzdłuż całego miasta i nie zachwyciło mnie. Niczego się tutaj nie spodziewałam, nie oczekiwałam, a ono postanowiło mnie niczym pozytywnie nie zaskakiwać. Czegoś w tym wszystkim brakowało, a za dużo otaczało nas historii wojny o Falklandy. Ups! O Malwiny. Wielki plac Malwin, na którym stoi wystawa ze zdjęciami tonących okrętów i ginących żołnierzy i do tego lista poległych, wielki zakaz wstępu do portu dla „Piratów z Wielkiej Brytanii”. I chociaż połowa z tych rzeczy mogłaby wydawać się żartem, to nim nie jest.

W Tierra del Fuego, gdzie dalej nie ma już nic…

Zanim weszliśmy do parku, drogę przebiegł nam lis. Ktoś wie, co to mogło oznaczać? Chwilę później dotarliśmy do bramy, w której mimo późnej godziny, nadal siedziały panie i sprzedawały bilety. Park Narodowy Tierra del Fuego nie jest ogromny, ale kupując bilet deklaruje się, że opuścimy jego teren w trzecim dniu. Byliśmy zmęczeni całodzienną wędrówką, a jednak coś łaskotało delikatnie, byliśmy coraz bliżej końca drogi. Kiedy będziecie spacerować po tym terenie nie zdziwcie się, gdy zobaczycie stado dzikich koni. Pasą się, gdzie chcą, uważnie lustrują dlaczego człowiek się na nie patrzy i jeśli szef zadecyduje, to odbiegają. Szczerze, to jeden z piękniejszych widoków jakie miałam okazję zobaczyć.

Nie mieliśmy zbyt dużo szczęścia, jeden dzień spędziliśmy w namiocie z powodu nieustającego deszczu. Wokół nie było prawie nikogo. Las, góry, drapieżne ptaki, dzikie konie i wszystko to, czego nie widzieliśmy. Dotarliśmy do przystani, przy której kończy się oficjalnie krajowa droga numer 3. Świadomie, a może nawet trochę nie, podreptaliśmy na skraj Kanału Beagle’a. Z tego punktu widzenia dalej nie ma już nic, tylko góry na wyspach po chilijskiej stronie, Cieśnina Drake’a i Antarktyda. Tak blisko i jednocześnie tak daleko. Wielu w tym miejscu kończyło swoją przygodę, dla nas to miejsce oznaczało zaledwie połowę.

Zaskakujący Fin del Mundo

Dotarliśmy do Ushuai z przeświadczeniem, że nic nas już raczej nie zaskoczy. Złapaliśmy internet pierwszy raz od jakiegoś czasu w budynku informacji turystycznej i z radością zaczęliśmy z niego korzystać. Po chwili zeszły wszystkie wiadomości email, a jedna okazała się pochodzić od linii lotniczej, z którą mieliśmy wracać z Panamy do Europy. W jednej chwili podróż z konkretną datą powrotu stała się podróżą bez biletu powrotnego. Linia zlikwidowała nasz lot. Jak zareagować na takie wiadomości będąc tysiące kilometrów od domu? Na mojej twarzy rozkwitł uśmiech, którego nie powstydziłby się Joker, moja wyobraźnia już widziała jak nasza przygoda po dotarciu na północ kontynentu zakręca w stronę Chin i powoli kręcąc na zachód wracamy do Polski. Nie potrafię powstrzymywać takich myśli, rodzą się i galopują z coraz większą prędkością. Za to Michał zaczął się martwić, bo będzie trzeba kupić bilety, a mój pomysł może i fajny, ale we wrześniu musimy być w domu.

Na drodze do parku narodowego z oddali usłyszeliśmy kogoś rozmawiającego po polsku. „Słyszałeś?! To Polacy!”. Spotkaliśmy dwóch chłopaków z Krakowa, podekscytowani i pełni entuzjazmu ciągnęliśmy rozmowę, czego spotkani studenci raczej nie rozumieli. Oni dopiero przylecieli, a my od wyjazdu z Paragwaju i rozstania z Łukaszem, rozmawialiśmy po polsku tylko ze sobą. To był moment, w którym uświadomiliśmy sobie jak bardzo brakuje nam ludzi, z którymi można swobodnie pogadać, w języku, w którym jestem w stanie wyrazić wszystko o czym myślę.

Kiedyś, w dalekiej już przeszłości, nie pomyślałabym, że dotrę tak daleko. Znalazłam się w miejscu, w którym droga się kończy i jednocześnie zaczyna. Pisząc ten tekst, przypomniałam sobie wszystkie szczegóły tamtych kilku dni, emocje, radość, zniecierpliwienie z powodu deszczu. Dzikie konie, góry z ośnieżonymi szczytami, cudowne brzmienie polskiego z obcych ust.

Aśka

Reklamy

11 uwag do wpisu “O tym jak skończyła się droga.

  1. Widzę, że pogoda była dosyć zmienna. Na pierwszy rzut oka prawdziwy Przystanek Alaska 🙂 Od razu obudziły się we mnie serialowe wspomnienia. Faktycznie Ushua wygląda zupełnie inaczej z daleka a inaczej bezpośrednio w jej centrum. Zaskakujące są tez ceny noclegów o których piszesz, bo wydawać by się mogło, że tutaj będzie tanio. A jednak. Najbardziej przyciąga oko dzikość okolicy. Momentami jak Into the wild 🙂

    Lubię to

  2. Wizyta na takim „końcu świata” to moje marzenie! Wędrówka wśród takich widoków to musiało być coś! No i to stado dzikich koni… Widoki i przeżycia, których nikt Wam nie odbierze! 🙂

    Lubię to

  3. Aaaa tyle rzeczy które chciałbym powiedzieć:D
    Po pierwsze gratulacje że dotarliście tak daleko! Wygląda super, taka Norwegia tylko że na dokładnie drugim końcu świata!
    Po drugie, tam nie ma już jakichś miejsc do obserwowania morsów i pingwinów? Nie interesowało was to? Ja bym wiele oddał, by to zobaczyć.
    Po trzecie to rozumiem doskonale o co chodzi z językiem. Ale wy nie mieliście tak źle bo mieliście chociaż siebie nawzajem. Jak wróciłem z 2 miesięcy w samotnej podróży to pamiętam jak przechodziłem w Krakowie Floriańską i myślę sobie: „O! On gada po polsku! Zagadam do niego!” a potem nagłe uświadomienie sobie, ze jednak głupi jestem;]

    Lubię to

    • W Ushuai organizują bardzo dużo dziwnych rzeczy, ale w pierwszej kolejności nie pomyśleliśmy żeby szukać tam podglądania zwierzaków. Pingwiny oglądaliśmy już w Chile, kilka dni później (o tym w najnowszym poście).
      Z tym językiem masz rację, ale nawet we dwójkę ile można do siebie gadać? 😉 Pewnie tak jak Ciebie, po dłuższym czasie brzmienie polskiego było jak miód dla uszu.

      Lubię to

    • To prawda. Dla nas ten koniec świata był szczególny, dotarcie tam zajęło nam sporo czasu i mieliśmy przed sobą perspektywę powrotu na północ wzdłuż całego kontynentu. Niesamowite uczucie patrzeć na mapę z myślą: wiele za nami, wiele osiągnęliśmy, ale ile przed nami!

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s