Z południa na północ – Carretera Austral

Argentyna ma swoją słynną drogę R40, Chile może się pochwalić trochę krótszą, ale intensywniejszą w zieleń Carretera Austral, która wiedzie z Puerto Mont do Villa O’Higgins. Trasa ta popularna jest szczególnie wśród rowerzystów, autostopem jeździ się tu już znacznie trudniej, ale w alternatywie zawsze są miejscowe busy. Dlaczego akurat ta droga? Cóż, znaleźliśmy się na jej południowym krańcu, a innej na północ nie ma, a do tego jest piękna i malownicza, pełna jezior, parków narodowych i gór.

Villa O’Higgins to niewielka osada, dumnie nazywana miasteczkiem. Klika ulic przecinających się pod idealnym kątem prostym, kilka sklepików, ale za to wiele miejsc noclegowych i campingi. Można tu także dolecieć samolotem, co jest często wybierane przez turystów żeby wrócić do cywilizacji. Jedyny haczyk to taki, że w samolocie musi być miejsce, bo przeznaczony jest głównie dla miejscowych. Wydostanie się stąd autostopem graniczyło z cudem i tym razem nie podjęliśmy wyzwania i przesiedliśmy się w busa. Villa O’Higgins już zawsze będzie mi się kojarzyć ze spokojem, ciszą i rozgwieżdżonym niebem, które wydawało się na wyciągnięcie ręki. Bus, którym można się zabrać na północ wyjeżdża bezpośrednio do Caleta Tortel, około 7-8 rano z jednego z rogów ryneczku. Droga pomiędzy wioskami jest malownicza, zielona i czasem usiana niespodziankami. Nam udało się zobaczyć „nieśmiałe andyjskie jelonki”, czyli huemule. Są mniejsze niż nasze, ale bardziej krępe. I nie wiem dlaczego mówi się, że są nieśmiałe. „Nasze” dumnie chodziły po drodze i nic sobie z tego nie robiły, że blokowały drogę.

Caleta Tortel jest drugą niewielką miejscowością, która raczej służy jako punkt przesiadkowy w dalszej drodze na północ Chile. Miejsce samo w sobie interesujące ze względu na swoje położenie i architekturę – wszystko zrobione jest z drewna, nawet chodniki i kładki, a te ostatnie prowadzą nad wodę, gdzie zrobiono nawet drewniane placyki – zadaszone i z ławkami. Domy wyrastają na platformach i palach i własnie to czyni to miasteczko niezwykłym, innym od reszty, które się tam spotyka. Znajduje się tu co najmniej kilka miejsc noclegowych, sklepiki, ale ceny w nich okazały się kosmiczne. Odjeżdża stąd bus do Cocrane. To kolejny przystanek, w którym zatrzymaliśmy się już na noc. Miły i pełen gwaru camping okazał się wyczekiwaną odmianą po samotnym trekkingu z Argentyny. W miasteczku niewiele jest interesujących turystę rzeczy, ale jest duży sklep.

Droga do Coyhaique prowadzi głównie wielkimi dolinami, a wokół rosną wysokie góry często pokryte lodowcami. W tym miasteczku naprawdę można czuć się jak w miasteczku. Mały dworzec, służba PDI z psami, rynek, fontanna, generalnie widać toczące się życie. Polecamy tutaj sympatyczny camping El Camping. Spokojnym krokiem warto przespacerować się przez miasto, odwiedzić punkt widokowy, co z tego, że trochę zarośnięty drzewami, przysiąść na głównym placu i pogrzać się w słońcu.

Kolejne miasta przy tej drodze to Chaiten lub bezpośrednio już Puerto Montt. Po drodze warto zatrzymać się w jednym z licznych parków narodowych, z których naprawdę można wybrać ten, który najbardziej nam odpowiada.  W drodze do jednego z  ich mijaliśmy wodospac o dumnej nazwie Condor, a żeby poczuć ten klimat para idąca przed nami zaczęła wygrywać na flecie właśnie tą melodię. Wybraliśmy PN Queulat, przekonał nas „wiszący lodowiec”. Park jest przyjemny, z kilkoma ścieżkami i dobrze przygotowanymi miejscami pod namioty tyle, że wysypanymi kamykami. Dlaczego wiszący lodowiec? Znajduje się w szczelinie i po prostu tak wygląda. Za to las tutaj to wiecznie zielony, umiarkowany las deszczowy. I to chyba ten las jest najbardziej fascynujący, jego intensywna zieleń, w której znajduje się tyle odcieni, że brak słów na określenie ich. Skoro jest las, to są również zwierzaki, nas z uwagą tancerza obserwowała sowa.

Nasza przygoda na Carretera Austral skończyła się w Chaiten. Tutaj wybraliśmy prom na największa wyspę Chile – Chiloe. Czym wyróżnia się Chaiten? Miasteczko kilka lat temu zostało zasypane przez popiół z nieodległego wulkanu. Ślady widać do dziś, a codziennie o 12 rozbrzmiewa alarm, który za pierwszym razem wprawił nas w osłupienie, a okazał się codziennością, na wypadek erupcji. Ten mały i niepozorny wulkan cały czas dymi, są również szlaki prowadzące prawie na jego szczyt. Wyobraźcie sobie konsternację rodziny, która pierwszą informacją, jaką znajduje na temat miejsca Waszego pobytu jest właśnie wybuch wulkanu.

To kto chętny na pokonanie tej trasy?

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s