Prawie jak w Beskidzie – wyspa Chiloe

Wyspa Chiloe to największa wyspa Chile. Można się do niej dostać z dwóch stron, z północy lub południa promem. Co jest takiego niezwykłego w tym miejscu? Kilka zabytków z listy UNESCO, a także beskidzkie widoki, oczywiście jeśli wytnie się otaczający ocean. Dodatkowo po przyzwyczajeniu z patagońskich pustkowi gęstość zaludnienia na wyspie jest duża, nawet bardzo duża.

Dotarliśmy na Chiloe prosto z Chaiten, rejs zajmuje około pięciu godzin, po czym przybija się do miejscowości Quellon. Nie jest to najlepsze miejsce, by rozpoczynać swoją przygodę z tą wyspą. Miasto sprawia wrażenie biednego, brudnego, gdzie po zmroku nie powinno się spacerować. To wszystko ma swoje powody, na mieszkańcach bardzo odbił się łososiowy kryzys ostatnich lat. Nie zatrzymaliśmy się tu na dłużej, już nie wróciliśmy, a na bazę wypadową wybraliśmy Castro.

Jakie jest Chiloe? Pagórkowate, zielone, z drzewami i małymi miasteczkami rozsianymi jak w naszych Beskidach. Od razu można poczuć się tak swojsko i tylko wszechobecność hiszpańskiego i świadomość z tyłu głowy, że wokół jest ocean przypomina, że to nie dom, a Chile. Jak miło może zaskoczyć ta wyspa! Tą gęstością zaludnienia jak gdzieś w Małopolsce i owocami, które dobrze znamy z własnego podwórka. Osiedliśmy na małym, przydomowym campingu, który umiejscowiony został w sadzie, a tam pełno dojrzałych śliwek i pigw. Do tego wszędzie rzucające się w oczy jeżyny. Właśnie taka jest ta maleńka wyspa, taka domowa. I właśnie tutaj poznaliśmy jedną z ważnych zasad campingu – jeśli jest tu kot, to nie zostawiaj otwartego namiotu.

Castro ma wszystko to, co potrzebne jest do życia mieszkańcom wyspy – znacznej wielkości Plaza de Armas, na którym często odbywają się festyny (zaobserwowaliśmy imprezę z okazji dnia kobiet i odebranie nowych wozów strażackich), dwa dworce autobusowe, a także coś ekstra dla turystów jak campingi i informacja turystyczną, w której łatwo poczuć się jak persona non grata, do tego kilka supermarketów, które są miłą odmianą po mini sklepach z południa Patagonii. W Castro, nad brzegiem znajdują się palafitos, czyli drewniane, kolorowe domy ustawione na palach na wodzie. Dzięki temu zabiegowi mieszkańcy z jednej strony mieli wejście z poziomu gruntu, a z drugiej mieli swoją małą przystań. Dziś to największa atrakcja miasta.

Dalcahue to jedna z mniejszych miejscowości na Chiloe. Stanowi doskonały przykład jak przyjemnie może być w małym rybackim mieście. Odwiedzić tu trzeba duże drewniane mercado, my najedliśmy się dziwnymi i pysznymi rzeczami przy tej okazji, gdzie jak nie tutaj. Niedaleko wejść można do malutkiego muzeum, w którym najciekawszymi eksponatami są historie o legendarnych stworach zamieszkujących wyspę. No i jeśli lubicie owoce morza, to znajdziecie coś dla siebie, prosto z łodzi, na straganik i do ręki.

Co jeszcze skrywa w sobie Chiloe? Jedną z piękniejszych plaż, na jakich przebywaliśmy, ale o niej następnym razem.

Po drugiej stronie oceanu, na północny wschód leży Puerto Montt. To już miasto z prawdziwego zdarzenia, w którego sąsiedztwie znajduje się potężny wulkan. W końcu to Chile.

Aśka

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Prawie jak w Beskidzie – wyspa Chiloe

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s