Rajska plaża Cole Cole

Na wyspie Chiloe jest pewne miejsce, które można okrzyknąć rajską plażą, a mało osób w ogóle tam zagląda. Plaża, skały i las, z daleka od zabudowań i ludzi. Dlaczego? Trzeba tam dojść pieszo, a woda jest zimna. Formalnie znajduje się na terenie parku narodowego, ale żeby tam dotrzeć, nie trzeba płacić za wstęp. O tym miejscu dowiedzieliśmy się przypadkiem, a teraz z chęcią byśmy tam wrócili. O czym mówię? O Cole Cole, małym zakątku pełnym ciszy i szumu oceanu.

Wyobraźcie sobie, że stoicie na zielonym wzgórzu, a poniżej rozpościera się piękna, piaszczysta plaża. Obok niej zaczyna się las, a na jej końcu do oceanu wpływa szeroka rzeka. Na dole nie ma nikogo, tylko pasące się tu i tam konie świadczą, że w okolicy ktoś mieszka. A teraz, wcale nie musicie wyobrażać sobie tego miejsca, ono istnieje i aż prosi się żeby je odwiedzać. Fakt, trzeba się trochę namęczyć, nie zawiezie nas tu żaden autobus ani taksówka, ale czym jest długi spacer w porównaniu z tym pięknem? Cole Cole jest częścią Parque Nacional Chiloe, ale nie płacimy za wejście do samego parku, po drodze pojawiają się inne, niewielkie opłaty wynikające z przechodzenia przez teren prywatny i nocowanie. Kiedyś powstała tu infrastruktura dla odwiedzających – przygotowane są miejsca pod namioty, stoliczki z ławkami i betonowe grille, poza tym kierując się w głąb wyspy stoi duży budynek, który musiał oferować miejsca noclegowe, a dziś lekko zniszczony, stoi pusty. Zastanawialiśmy się, co się stało, że w takim miejscu upadła taka infrastruktura. Może jednak za mało osób decyduje się na kilkugodzinny marsz w pięknych okolicznościach przyrody.

W dniu, w którym dotarliśmy do plaży, poza nami było tu może 10 osób, a każdy rozbity z dala od innych. Czuliśmy, że trafiliśmy do niezwykłego miejsca, a szum fal odprężał i od razu zapomnieliśmy o bądź co bądź męczącym 16 kilometrowym spacerze, by móc się tu dostać. Co można tu robić? Kiedy rozbiliśmy namiot, to po prostu odpoczywaliśmy, leżeliśmy na piasku w słońcu, spacerowaliśmy od jednego końca do drugiego badając przy tym skalne formacje lub jedząc jeżyny. Znajduje się tu też ścieżka dydaktyczna przez las, w którym od intensywności zieleni może się zakręcić w głowie. Jedyne czego nam brakowało, to większej ilości zapasów jedzenia, by zostać dłużej i książek – gdybyśmy to mieli, to zostalibyśmy i tydzień w tym raju. Pod wieczór, każdego dnia, pojawia się znikąd Indianin – raz przyjechał na koniu, za drugim razem pieszo z synem, który zbiera symboliczną opłatę za rozbicie się na jego terenie. Dostaliśmy nawet pokwitowanie.

Cole Cole to zwykła plaża, oddalona od drogi, opustoszała przez większość czasu i chyba dlatego jest tak piękna. Do snu kołysały nas fale rozbijające się o piaszczysty brzeg i bardziej oddalone skały, te same dźwięki towarzyszyły nam rano. Wybranie tego miejsca na rozbicie namiotu sprawiło, że nasze myśli biegały boso po piasku i wskakiwały do wody płynąc daleko przed siebie. W krzakach obok mieszkała jakaś rodzina gryzoni i chwilami mieliśmy wrażenie, że organizują jakieś przyjęcie, bo biegały tam i z powrotem. W dodatku w drodze przez Patagonię nasłuchaliśmy się opowieści o pumach. Wiecie, takie ładne duże koty, które z łatwością mogą przegryźć kark człowiekowi. Po zachodzie słońca Michał polował na gwiazdy gdzieś na plaży, a ja pilnowałam ogniska i naszej kolacji. Co jakiś czas rozglądałam się wokół, świecąc latarką dookoła. Za pierwszym razem tylko drzewa, za drugim też. Za trzecim natknęłam się na duże świecące oczy i z przerażeniem uciekałam na plażę. Po powrocie oczu ani ich właściciela już nie było. Później wrócił, wredny domowy kot, przez którego prawie umarłam ze strachu. Także uważajcie na koty! Po wodę chodziliśmy głęboko w las, ponieważ ocean sprytnie i mocno mieszał się z rzeką – wierzcie taka woda do smacznych nie należy. A idąc tonęliśmy w zieloności. I jak nie pokochać tego miejsca? Cole Cole zawróciło nam w głowach.

To jak spróbujecie znaleźć to miejsce?

Cole Cole praktycznie

  1. Żeby dostać się do początku szlaku należy przyjechać do Cucao (bilet z Castro kosztował 2000 peso). Bus podjeżdża pod samo wejście do parku narodowego, ale nie wchodzimy tam, tylko kierujemy się na gruntową drogę, przy której rośnie bardzo dużo jeżyn – o ile traficie w dobrym czasie.
  2. Kolejnym etapem pieszej wędrówki jest spacer wzdłuż plaży. Kilka kilometrów idzie się po piasku, a lodowata woda może obmywać stopy. Ważne by nie przegapić pierwszego mostu, bo dzięki niemu możemy dostać się do kolejnej plaży, już mniejszej, z której też należy zejść mostem.
  3. Po zejściu z plaż widać pierwszy camping i oczywiście można się tu zatrzymać albo zapłacić za możliwość pójścia dalej, to teren prywatny, więc nie ma co się nie zgadzać. Tu czeka nas strome, nawet bardzo strome podejście, a później już tylko z górki.
  4. Ostatnim charakterystycznym miejscem jest ogromna polana na wzgórzu, z którego już widać Cole Cole. I od razu wiadomo dlaczego człowiek tyle się namęczył.
  5. Opłaty, które mogą się pojawić: bus do Cucao, opłata za przejście prywatną drogą 1000 peso, a także opłaty za nocleg 1000 peso od osoby za noc.Oczywiście ceny mogą się zmieniać, w końcu narzucają je prywatni właściciele.

Cole Cole nas urzekło. Niewiele jest takich miejsc, a w szczególności plaż, na których moglibyśmy zostać dłużej niż kilka godzin, a tu z przyjemnością. Jeśli tylko traficie na Chiloe, to nie przegapcie tej atrakcji!

Aśka

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Rajska plaża Cole Cole

  1. Uwielbiam takie miejsca! Taka dzicz połączona z brazylijską roślinnością i klifami z Madery. Mam wrażeni, że to wszystko wydaje się jakby znajome. Też bym pewnie bym prawie umarła ze strachu na widok błyszczących oczu w krzakach 😀

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s