Salar de Uyuni, czyli pierwsze spotkanie z Boliwią

Boliwia, kraj, który przez długi czas był dla mnie zagadką, po którym nie wiedziałam, czego się spodziewać. W trakcie przygotowań zaczynaliśmy odkrywać pojedyncze puzzle tej układanki, ale wciąż brakowało wielu elementów. Nawet teraz mam wrażenie, że zostało tak wiele do poznania i doświadczenia w tym niezwykłym kraju. Nasza przygoda z Boliwią rozpoczęła się od Salar de Uyunii i miasteczka noszącego taką nazwę.

Uyuni to niewielkie miasteczko stosunkowo blisko granicy z Chile, usytuowane na granicy największego i najwyżej położonego solniska na świecie. Autobus jadący z Chile zatrzymuje się na ulicy, przy biurze swojego operatora. Cała ta ulica stanowi dworzec autobusowy, a to, do którego wsiadamy zależy od kierunku i firmy, której zaufamy (albo od głośniej wołającej pani). Zdezorientowany człowiek, dodajmy biały i wysoki od razu jest zauważony i po chwili zasypany ofertami wycieczek na Salar, hoteli i wyjazdów do La Paz. W końcu właśnie po to każdy tu przyjeżdża, by przejść się po solnisku, a najlepiej żeby było jak lustro, ale to do zobaczenia jest w krótkim okresie czasu.

Dzień I – Salar

Nie za wcześnie i nie zbyt późno, spóźniona, pod hotel zajeżdża Toyota wyglądająca na zapakowaną do granic możliwości. Kierowca, widać, że zna tę zabawę pakuje nasze plecaki na dach. Zajmujemy miejsca na środku samochodu, które będą naszymi przez najbliższe trzy dni, za nami siedzi para Amerykanów, obok kierowcy wciąż jest puste miejsce, ruszamy po ostatniego towarzysza tej wycieczki. Okazał się nim Rosjanin z walizką na kółeczkach, a co wyszło już chwilę później, nie mówił w żadnym innym języku poza swoim ojczystym. Było nas siedmioro: kierowca, Rosjanin, Łukasz i my oraz Karen z Davidem. Wszyscy żądni przygód i doświadczenia potęgi soli. W końcu ruszyliśmy. Nie odjechaliśmy zbyt daleko, jeszcze w mieście mielibyśmy wypadek. Już na wstępie okazało się, że Boliwijczycy jeżdżą jak chcą, nasz „opiekun” wymusił pierwszeństwo, wyrzucił z siebie piękną hiszpańską wiązankę i na koniec wystawił środkowy palec gościowi w drugim samochodzie. I gdy myśleliśmy, że już rozpoczyna się przygoda, pan zatrzymał się przed jakimś domem i zniknął w nim na dłuższą chwilę.

Pierwszy prawdziwy przystanek ma miejsce zaraz za miastem. Nie trzeba wykupywać wycieczki by zobaczyć cmentarzysko pociągów, bo właśnie tu mogliśmy po raz pierwszy wysiąść z naszej toyoty. I co widzą nasze oczy? Samotne, rdzewiejące i powoli zapadające się w piasek wagony i lokomotywy. Kiedyś były przykładem rozwoju kraju, przemysłu, a dziś mogą co najwyżej przypominać, że coś poszło nie tak jak planowano. Każdy chce dotknąć tych starych maszyn, a każdy dotyk sprawia, że one znów pokonują andyjskie wysokości, wzbijają kłęby dymu w niebo. Czuję się jak maszynista, któremu wiatr rozwiewa włosy, cieszę się jak dziecko spacerując po ich dachach.

Salar de Uyuni zaczyna się zaledwie kilka kilometrów od miasta. W wielu miejscach zbiera się ciągle sól usypując stożki, które najpierw wysychają, a następnie pakowane są na ciężarówki. Solnisko nie było lustrem, a wielką białą, rażącą w oczy przestrzenią, w jednym miejscu, określonym jako „oko solniska” na powierzchnię wybijała się woda tworząc niewielkie o tej porze roku kałuże.

Jedziemy drogą bez drogi. Ścigamy się z wiatrem i słońcem, a wokół tylko biel spotykająca się z błękitem nieba. Gdzieś pośrodku niczego zatrzymujemy się na obiad, postawili tu budynek z bloków solnych, w końcu Rajd Dakar tędy pędził, o czym przypominają pomniki i flagi. W tym miejscu również podjęliśmy wyzwanie zabawy z perspektywą i okazało się, że to nie takie proste. A tulenie się do solnej lamy to już szczyt zasolenia. Poganiani przez kierowce-przewodnika znów przecinaliśmy biały świat, aż na horyzoncie pojawił się kształt, który okazał się koralową wyspą porośniętą kaktusami. Kiedyś to wszystko zalane było przez morze, stąd ta ilość soli i góra zbudowana z koralowca. Spacer wśród kaktusowego lasu, w którym nie ma co liczyć na cień, a raczej na zadyszkę spowodowaną wysokością, sprawia, że buzia jeszcze bardziej się cieszymy tym, że jesteśmy właśnie tu.

Dzień zbliża się ku końcowi, słońce coraz niżej, a my w końcu powoli zjeżdżamy z solniska. Wjeżdżamy zaraz na jego skraj, już zwykłą szutrową drogą kierujemy się do wioski, w której przyjdzie nam dziś spać. Hotelik (oczywiście z brył soli) znajduje się na wzgórzu, z którego rozciąga się piękny widok, ale na dole czeka malutka wioska i to ona budzi naszą największą ciekawość. Zeszliśmy do niej jeszcze przed zmrokiem, taka mała polska ekspedycja w eskorcie boliwijskich psiaków. Co zobaczyliśmy? Niesamowitą, praktycznie opuszczoną osadę, w której wszystko wygląda jakby miało się rozwiać w pył przy nieostrożnym dotknięciu. Rozpadające się domki z kamienia, murki, skurzona trawa i stado lam, które nie wiedzą, co to za dziwne wysokie stwory weszły na ich drogę, kiedy one idą. To było moje spotkanie z lamą twarzą w twarz. Chłopcy z tyłu z aparatami w gotowości tylko cicho zachęcali moją futrzastą rywalkę: „pluj! pluj”. Te lamy były tu idealne, ale w tym opuszczonym prawie miejscu wciąż żyli ludzie, w warunkach, których czasem nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. I można się zastanawiać na ile korzystają z obecności turystów, czy mają jakieś szanse na lepsze życie?

Dzień II – laguny

Spóźnialski kierowca cały czas narzuca tempo, zagania, przegania, woła, nie daje wytchnienia i możliwości prawdziwego nacieszenia się miejscami, które mamy przed oczami. Salar de Uyuni jest sławny sam w sobie, a okazuje się, że zaraz niedaleko ma swoją mniejszą siostrę. I tak staliśmy na obszarze płaskim jak stół, a wokół nas tłoczyły się wysokie szczyty. Dymiące wulkany to widok raczej niespotykany w naszym kraju, a tu patrzyliśmy siedząc na przedziwnych skalnych formacjach i wlepialiśmy oczy w oddalony wulkan Ollague. Przez cały dzień przemierzaliśmy pustkowia zatrzymując się przy różnego rodzaju lagunach. Raz leżały wysoko na kamienistej pustyni, innym razem wśród piasków, a jeszcze w innym miejscu otoczone szczytami i skałami. Każda była inna i podobna do siebie. Najlepszym motywem były tu flamingi, które pojawiały się, na niektórych lagunach. Patrzyliśmy na nie z daleka, kiedy stały w swoim gronie, patrzyliśmy też kiedy wzbijały się do lotu i szybowały odbijając się w wodzie. I cóż, flamingi i ich okolica nie pachną najlepiej, ale one same są niezwykłe w tej swojej różowatości i długich szyjach. Najpiękniej było nad Laguna Verde w Rezerwacie fauny andyjskiej Eduardo Avaroa, Nad tym największym jeziorem tych różowych ptaków było pełno, w dodatku stały nic sobie nie robiąc z towarzystwa ludzi przy brzegu. Nie ma to jak mieść flaminga na wyciągnięcie ręki, a tu było to możliwe.

Hitem dnia stała się kolacja, najgorsza jaką dostaliśmy podczas tego zorganizowanego wyjazdu. Dostaliśmy makaron z sosem i nie byłoby to złe, gdyby nie ilość soli w sosie. Brytyjczyk przy sąsiednim stole skwitował sytuację z typowym brytyjskim humorem „to jest tak słone jak Salar de Uyuni”.

Dzień III – gorące źródła i gejzery

Ostatni dzień wycieczki rozpoczął się przed pierwszym brzaskiem. Wschód słońca wśród gejzerów buchających parą nie należy do najbardziej efektownych i kolorowych, jest zupełnie inny, jakby tajemniczy. Wokół paruje woda, bez przerwy, jednostajnie. W kilku kraterach gotuje się woda, w innych bulgocze sobie błoto lub coś innego. Promienie słońca powoli przebijają się przez obłoki pary, tworząc teatr światła i cieni. A my stoimy z szeroko otwartymi oczami, by zapamiętać tą chwilę. W małych gejzerkach grzaliśmy ręce, w obłokach pary można było grać w chowanego i mimo wczesnej pory, zapachu i zimna, to był najlepszy początek dnia, jaki mogliśmy sobie wyobrazić.

Zmarznięci, zachwyceni i po krótkiej przejażdżce wpakowaliśmy się do gorącego źródła. Woda jest cudownie ciepła, zmywa z ciała zmęczenie i pozostałości soli. I to prawie był ostatni przystanek, zatrzymaliśmy się na pustyni i gnaliśmy powoli w stronę Uyunii. Tak szybko jechaliśmy, że pośrodku niczego, z dala od wszystkiego okazało się, że z koła wypadły nam śruby. I to nie jedna czy dwie – tyle to zostało. Kierowca nie chciał żadnej pomocy z naszej strony, więc staliśmy jak te lamy i patrzyliśmy jak ładnie próbuje to wszystko naprawić. I kiedy już udało się ruszyć i wszyscy byli piekielni głodni nasz rosyjski towarzysz zaczął stukać palcem znacząco w swój zegarek patrząc na Boliwijczyka i stanowczo mówić „obiad”. I może niewiele mówił, ale kiedy już się odzywał, to cały tył samochodu ryczał ze śmiechu.

Podsumowanie

Salar de Uyunii jest jednym z piękniejszych i najniezwyklejszych miejsc na świecie, które do tej pory widziałam. Opcji wycieczek po nim jest kilka, można wybrać 1, 2, 3 lub 4-dniową opcję, a nawet zakończyć ją w Chile albo wynająć własny samochód, co daje wam zupełną niezależność i brak kierowcy, który ciągle pogania. My skorzystaliśmy chyba z najbardziej popularnego wariantu i nie żałujemy. Co trzeba wiedzieć wybierając się na taką trasę?  Jedzenie jest wliczone, ale warto mieć z sobą jakieś picie na „międzyczas”, a najważniejsze – tu spędza się bardzo dużo czasu w samochodzie i niestety nie da się tego ominąć, teren jest ogromny, wiele pięknych zakamarków do zobaczenia, więc albo się z tym pogodzisz albo zepsujesz sobie wszystko marudząc.

Aśka

 

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Salar de Uyuni, czyli pierwsze spotkanie z Boliwią

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s